Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 sierpnia 2024

Zbiórka

 

       Z okazji 80 rocznicy Powstania Warszaw/skiego chciałabym Wam polecić książki pisarki losu polskiego Barbary Wachowicz z cyklu „Wierna Rzeka Harcerstwa.” Cały cykl miał zawierać pięć tomów ,ale stało się inaczej . Za to powstały dwie dodatkowe książki z tego cyklu ; Pierwsza to

         Janek Rodowicz „Anoda” – Ułan Batalionu „Zośka” . Bardzo ciekawa historia człowieka, który przeżył powstanie i wojnę ale potem zginął tragicznie . 

         Oraz druga książka z tego cyklu to Bohaterki Powstańczej Warszawy - my musimy być mocne i jasne . Ta ostatnia książka jest dość ważną dla historii opisującej kobiety w czasie wojny , bowiem skupiano się na działalności mężczyzn w czasie wojny i ich bohaterstwach , Barbara Wachowicz próbowała zapełnić tą lukę . Nawet sam Aleksander Kamiński napisał ,że niestety w swoich książkach bardziej skupił się na mężczyznach choć odwagą i umiejętnościami kobiety dorównywały a nawet przewyższały bohaterstwem mężczyzn . No cóż szkoda ,że się tylko na nich skupił .

         Cały cykl warto przeczytać , możemy się wielu ciekawych rzeczy dowiedzieć o tamtej epoce i życiu młodych ludzi w czasie okupacji . Książki są pisane ciekawym językiem , więc nie będziecie się nudzić .



Linki 

Bohaterki Powstanczej Warszawy---my musimy być mocne i jasne

Janek Rodowicz Anoda - Ułan Batalionu Zośka

Cykl Wierna rzeka harcerstwa


czwartek, 18 kwietnia 2019

Katedra Notre Dame spłonęła...

"Katedra Marii Panny w Paryżu jest szczególnie ciekawym okazem... Każdy bok, każdy kamień tej czcigodnej budowli jest stronicą nie tylko historii kraju, lecz także historii nauki i sztuki" Wiktor Hugo
.

            15 kwietnia spłonęła   gotycka Katedra Notre - Dame jeden z najbardziej znanych symboli Francji i Paryża należący do europejskiego dziedzictwa kultury. Jest to wielka strata nie tylko dla Chrześcijan, ale także dla całego świata. W katedrze znajdowały się wiele wartościowych i cennych zabytków, które prawdopodobnie nie przetrwały pożaru np. Witraże przedstawiające najistotniejsze sceny biblijne a także kapliczki, których było aż 29.
           Katedrę odwiedzało 12 milionów turystów rocznie.A swoją popularność na świecie zyskała dzięki powieści Dzwonnik z Notre Dame francuskiego pisarza Viktora Hugo …
          Katedra przetrwała wiele zawirowań historycznych …Przetrwała Rewolucje Francuską, I wojnę Światową, II wojnę Światową, ale nie przetrwała prezydentury Emmanuela Macrona …Tak ważny zabytek dla Francji, w dobie ataków terrorystycznych, które co jakiś czas nawiedzają ten kraj nie został odpowiednio zabezpieczony przed pożarem … 
          Podobno  mają w planach przywrócenie jej dawnej świetności, ale taka odbudowa po takich zniszczeniach potrwa bardzo wiele lat wszak budowana była aż 200 lat …
         Przykre to wszystko pozostaje nam pytanie, kiedy zobaczymy pożar wieży Eiffla, bo skoro władze Francji nie potrafią zabezpieczyć tak ważnych zabytków to nie powinniśmy być zaskoczeni spłonięciem najsłynniejszej więzy Francji…




czwartek, 24 stycznia 2019

Nowy blog; Moja biblioteczka


           Od jakiegoś czasu jeszcze przed przerwą blogową miałam zamiar założyć bloga poświęconego literaturze i książkom. Lubię literaturę i lubię czytać książki, dlatego brakowało mi w mojej działalności blogowej miejsca poświeconego jednej z mojej pasji a jest ich trochę … 
         Pisanie o literaturze na tym blogu i dodanie etykiety to trochę dla mnie za mało. Wiem, że mam dużo blogów i niektórzy się w nich gubią, ale tak jakoś lubię mieć pewne kwestie poukładane a nie mieć takiego misz masz, czyli wszystkiego w jednym miejscu;-)
       Po przerwie w pisaniu postanowiłam się zmobilizować i wreszcie zrealizować to postanowienie i założyłam osobnego bloga o literaturze, książkach i moich propozycjach czytelniczych.
           Zapraszam Was na blog Moja biblioteczka mam nadzieje, że znajdziecie tam coś dla siebie.



środa, 15 lutego 2017

Moje plany czytelnicze...;-)


          Ostatnio poczułam się trochę znużona czytaniem książek poświęconym takim zagadnieniom jak dietetyka, zielarstwo, Wicca, pogaństwo czy tez książki autorstwa Beaty Pawlikowskiej, którą z resztą  bardzo lubię. Moje pozycje książkowe stały się ostatnio zbyt monotonne, dlatego postanowiłam sięgnąć po pozycje książkowe, które poruszają inną tematykę.
             Po klikałam sobie w Internecie oraz przeszukałam moje zbiory książkowe i stwierdziłam, że te książki powinnam przeczytać. 

 O to moja lista książek na najbliższy czas;

  1. Oriana Fallaci - Podróże po Ameryce
  2. Oriana Fallaci - Wywiad z sobą samą
  3. Ernesto Che Guevara -Dzienniki (wszystkie)
  4. Aleida March Mój Che.- Bardzo intymnie
  5. Simone de Beauvoir - Druga Płeć
  6. Silvia  Płath -Szklany Klosz
  7. Ryszard Kapuściński - Cesarz
  8. Ryszard Kapuściński - Wojna futbolowa
  9. Zygmunt Tyrmand- Zły
  10. Arturo Perez Reverte - Klub Dumas
  11. Carlos Ruis Zafon –Cień wiatru
  12. Righini Mariella - Cappuccino.
  13. Joanne Harris - Czekolada.
  14. Joanne Harris - Rubinowe Czółenka 
  15. Joanne Harris - Brzoskwinie dla księdza proboszcza 

Książki, które mam w swojej biblioteczce

  • John Cheever - Wykształcona Amerykanka
  • Edith Wharton - Stara Panna
  • Arkady Friedler - Spotkałem szczęśliwych Indian
  • Pio Baroja -Burzliwy żywot Baska Zalacaina
  • Stendhal - Czerwone i Czarne
  • Jerzy Janicki - Polskę drogi
  • FS Fritzgerald  -Ostatni z Wielkich
  •  Brigitta Trotzig -  Opowiadania szwedzkie Barbara

             Niektóre książki trudno znaleźć w księgarniach czy też bibliotekach ( o wygórowanych cenach książek już nie będę wspominać) np. książki Ernesta Che Guevara trudno jest zdobyć… W takim przypadku dobrym wyjściem jest Internet i portal chomikuj . Problem polega na tym, że ja nie cierpię  czytać książek z komputera a przecież nie będę kserowała tak wielu pozycji książkowych.. 
           Dobrym wyjściem dla mnie byłoby zaopatrzenie się w czytnik obsługujący PDF i doc., Z resztą taki czytnik poratowałby moją kieszeń i mieszkanie, które już niemal zawala się od książek ech… A może moglibyście mi polecić jakiś dobry czytnik? Który jest najlepszy?                        
          Ciekawa jestem tez, co Wy teraz czytacie lub chcielibyście przeczytać? Na jakie pozycje książkowe polujecie? Jakie pozycje książkowe, autorów polecacie do czytania? Oraz czy czytaliście książki, które ja zamierzam przeczytać i jakie macie po nich wrażenia, opinie? Dużo zadałam Wam pytań, ale myślę, że warto na ten temat porozmawiać …;-)

sobota, 15 października 2016

Nobel dla Boba Dylana

         Amerykańska muzyka jest niepowtarzalna i mało, który region świata ma tylu artystów, tekściarzy, co właśnie Stany Zjednoczone. Teledyski, muzyka i teksty piosenek amerykańskich artystów są naprawdę na wysokim poziomie.Oczywiście nie wszystkie, ale większość jest bardzo dobra. Porównajcie sobie lata np. 70, 80 te w Polsce lub nawet w Europie zachodniej z Ameryką. To jest przepaść, której chyba nigdy nie da się zasypiać.
            W tym roku literacką nagrodę Nobla dostał amerykański piosenkarz, kompozytor, autor tekstów, pisarz i poeta a także rysownik Bob Dylan W moim odczuciu całkiem zasłużenie, bo teksty Boba Dylana są wybitne. Jego utwory zawierają komentarze społeczne, polityczne, filozoficzne i odwołujące się do literatury a niektóre piosenki są uważane za hymny pokolenia …      Zresztą posłuchajcie sami;

How many roads must a man walk down
 Before you call him a man?
 How many seas must a white dove sail
 Before she sleeps in the sand?
 Yes, 'n' how many times must the cannon balls fly
 Before they're forever banned?
 The answer, my friend, is blowin' in the wind,
 The answer is blowin' in the wind.

 

Mama, take this badge off of me
 I can't use it anymore.
 It's gettin' dark, too dark to see
 I feel like I'm knockin' on heaven's door.

 Knock, knock, knockin' on heaven's door
 Knock, knock, knockin' on heaven's door
 Knock, knock, knockin' on heaven's door
 Knock, knock, knockin' on heaven's door

 

Come you masters of war
 You that build the big guns
 You that build the death planes
 You that build all the bombs
 You that hide behind walls
 You that hide behind desks
 I just want you to know
 I can see through your masks.
Let me ask you one question
 Is your money that good
 Will it buy you forgiveness
 Do you think that it could
 I think you will find
 When your death takes its toll
 All the money you made
 Will never buy back your soul.

 And I hope that you die
 And your death'll come soon
 I will follow your casket
 In the pale afternoon
 And I'll watch while you're lowered
 Down to your deathbed
 And I'll stand over your grave
 'Til I'm sure that you're dead.



czwartek, 19 maja 2016

Dylemat blogowy...;-)


 

          Zastanawiam się nad założeniem nowego bloga o książkach. Pisałabym w nim mini recenzje moich ulubionych książek lub takich, które uważam za godne polecenia. 
         Mam, co prawda konto na Lubimy czytać dodaje tam książki, można dodawać tam opinie, recenzje a nawet ulubione cytaty, ale nie mam jakoś szczególnego zaufania do portali internetowych. Trudno w nich coś zmienić, edytować tekst a bywa, że nie możesz nawet usunąć swojego tekstu.
         Nie zamierzam pisać jakiś długich tekstów, bo nikt długich recenzji raczej nie czyta tasując tekst wzrokiem, dlatego zastanawiam się czy nie wystarczyłaby podstrona do bloga.
         Zastanawiam się jak taka podstrona bloga wygląda w użyciu praktycznym czy łatwo dodaję się nowe notki?
Wiem , że mogę dodać nową etykietę do bloga, ale wydaję mi się, że moja pisanina o książkach na tym  blogu  nie będzie za bardzo pasować i będzie nie przejrzyście.

           Niby nic nieznaczący dylemat, ale mam już trzy blogi plus blog z linkami, czyli razem cztery blogi. Z tego też powodu  czytelnicy mogą pogubić się w moich witrynach; -))). No cóż będę musiała sprawę przemyśleć i chyba skłaniam się ku założeniu nowego bloga.;-)

sobota, 21 listopada 2015

Polski kosmopolityzm...


            Tegoroczne Święto Niepodległości odbyło się spokojnie bez podpaleń i niszczenia mienia publicznego jak bywało w latach poprzednich, chociaż incydenty się zdarzały.  To jak wygląda współczesny patriotyzm wiemy wszyscy, choć każdy z nas ma na pewno inne zdanie na ten temat. Ja jednak chciałam poruszyć temat trochę inny dotyczący bardziej polskiego kosmopolityzmu.  
            Niedawne słowa polskiej pisarki Olgi Tokarczuk wywołały fale oburzenia i ogromnej krytyki. Pisarka wyraziła się negatywnie o Polsce i Polakach twierdząc, ze Polacy byli kolonizatorami, właścicielami niewolników i mordercami Żydów itp. Nie będę komentowała tych słów, ale zastanowiły mnie one czy w niektórych Polakach nie dominuje kosmopolityzm i pewnego rodzaju, jeśli nie pogarda to pewien rodzaj obojętności w stosunku do Polski.
                  Wkleję Wam pewien list jednej z bohaterek książki Eugenii Żmijewskiej Płomyk,,Z pamiętnika instytutki". Autorka tego listu Albina Zapolska jest absolwentką rosyjskiego Instytutu Maryjskiego w Warszawie. Instytut Maryjski był rosyjską szkołą średnią dla mieszczan i szlachcianek w XIX  wieku.  Ciekawa jestem jak odbierzecie słowa Albiny Zapolskiej i czy wielu Polaków zgodziłoby się z treścią jej listu wszak jeszcze niedawno niektórzy uważali, że Polska bez Rosji sobie nie poradzi, … Co o tym myślicie?

List Albiny Zapolskiej do Koleżanki z Instytutu  Adeli  Żalińskiej

 „Ty ani najmniejszego pojęcia nie masz, jakie to było rozkoszne! My wszystkie z naszej klasy biało ubrane, ta w muśliny, ta w tiule, ta w jedwab. Ja miałam suknię grenadinową ze ślicznym błyskiem, ogon i decollete, a wiesz, u mnie biust mramorny — niedarmo Lew Iwanowicz tak chwalił, pamiętasz, tej nocy okropnej.
Uczesałam się do góry, włosy nie zaplecione, lecz skręcone. No, bez chwalby mogę powiedzieć, że byłam ładna — prawie taka jak Kisielewska, tylko, że ona błondinka, a ja briunetka. To jeszcze większa sztuka, jeżeli biała — prawda?
Na akt uroczysty przyjechał znowu Wielki Książę. To prawdziwy zaszczyt dla naszego Instituta. On przyjechał aż z zagranicy specialno. A taki krasawiec! I wyobraź sobie, moja ty droga, że nie tak jak w przeszłym roku na mnie nul uwagi. I owszem, ze wszystkich panien on ze mną najdłużej rozmawiał. Pytał, gdzie ja mieszkam? Czy mnie żal wychodzić z Instituta? Ja jemu odpowiedziałam, że chcę zostać pepinierką, a on do mnie:
— Nu, tak my zobaczymy się w przyszłym roku.
Tyle on do mnie powiedział. Pamiętam każde słowo. Takie szczęście! Mnie wszyscy zazdroszczą, i pomyśl, ja nie straciłam się,  jak on do mnie przemawiał. Skąd mi się wzięła taka śmiałość? Odpowiadałam jemu z początku głosem cieniutkim, ale potem zupełnie dobrze i nawet patrzyłam jemu w oczy. Ma śliczne, kare. Chciałoby się patrzeć i patrzeć.
           
  On własną ręką przypiął szifr Szachowej, strasznie jej zazdrościłam. Wernik dostała nagrodę, ale była bardzo smutna, bo jej się szifr a koniecznie chciało; ale niech będzie kontanta i z nagrody. Skończyło z naszej klasy tylko cztery Polki: ja, Józefska, Daminowska i Bradzińska. Pamiętasz, nas było piętnaście w zeszłym roku, ale wypędzili Łatkiewicz i ciebie, a potem przez ciebie te cztery, co podpisały głupi adres; zostało patem dziewięć, ale z tych pięć rodzice odebrali jeszcze na początku roku, przed Bożym Narodzeniem. Ja mam bardzo dobry patent i dostałabym nawet list pochwalny, gdyby nie to, że myślę o kawalerach więcej jak o książce. U mnie zdolności są, a ochoty mało. Józefska ma z nas czterech najgorszy patent, bo nie nabrała rozumu i czasem wygaduje głupstwa, i to dochodzi do naczalstwa.
Po akcie poszli my, kończące, do przełożonej i tam było dla nas śniadanie, i Jego Wysoczestwo z nami siedział przy jednym stole. Ja myślałam, że zwariuję ze szczęścia. Póki jedli, rozmawiał z naczalstwem, ale potem zrobił się cercle i do każdej przemówił słówko. Jaki on ma śliczny głos! A naturalny, nie napuszcza na siebie wielkości. Zapominasz, że on Wysoczestwo, i mówisz jak do zwyczajnego człowieka.
Nie myśl, że już na tym koniec. Gdzie tam! On nas jeszcze zaprosił z damami do Belwederu na podwieczorek. A tam, to nawet nie potrafię opisać, jak było. Ugaszczał nas jak prawdziwych gości. Byli jego adiutanci i dużo oficerów. My chodzili z nimi po ogrodzie. Do mnie przystał jeden gwardiejec, huzar. Pamiętasz, jak ja chciałam poznać gwardiejca?

No i spełniło się. Nie tylko poznałam, ale zachwyciłam go. Nie odstępował i bardzo chwalił Polki, że takich krasawic na świecie nie ma, tylko że one niedostupne i gordo się trzymają, ale za to jak która dobra, to choć klękaj i całuj nogi. Ślicznie to mówił, na koniec zapytał:
— A pani jaka, Albino Kazimierowno?
Ja nie chciałam, żeby miał złe wyobrażenie o Polkach, więc mówię:
— Pan się myli, my nie takie znowu dumne! A on patrzy na mnie i powiada: 
— Pani musi być z tych... dobrych.
Ale żebyś ty wiedziała, jak on patrzał! Jak gdyby doprawdy chciał uklęknąć i całować nogi; a ja miałam śliczne pantofelki złote.
Chodzili my pod rękę i on mówił, że Polki powinny być dobre dla Ruskich, to wszystko będzie dobrze. Ucieszył się bardzo, że ja zostanę pepinderką, bo jego przeniosą do Warszawy i będzie często bywał u przełożonej.
Rozmawiali my z pół godziny, a (tak, jak by się znali Bóg wie jak długo. Taki u nich łatwy sposób!
Na koniec trzeba było wracać. Jego Wysoczestwo nie cały czas był z nami, ale wyszedł nas pożegnać. My wtedy krzyknęły: „Hurra!", obstąpiły jego, i co która mogła, brała na pamiątkę. Poszarpały 'kitę z jego czapki i akselbanty. Każdej dostało się choć po maleńkim kłoczku. On się śmiał i nie mógł się wydostać, a jak my jego na koniec puścili, to podszedł do krzaka z różami, oberwał kilka i podał najbliżej stojącym. Wtedy wszystkie rzuciły się na niego i o mało nie rozerwały z wielkiego szczęścia.
To dopiero był dzień prawdziwie uroczysty i wielki! My o niczym innym mówić nie mogły, ja nawet zapomniałam powiedzieć Zarudnej, że mi się bardzo podobał ten Ilja Pawłowicz, który ze mną chodził pod ręką, ale jej to napiszę.
Pokłóciłam się z Józefską, bo ona mówi, że my wpadły w tielaczyj wostorg i że to nieładnie, a już Polkom nawet wstyd, bo co on o mas pomyśli?
Co ma pomyśleć? Że się nam podobał. Przecież prawda. Nie masz pojęcia, jaki on duszka, choć tak wielki i dużo mogący! Dobrze mówi ten Ilja Pawłowicz, że Polki gordyje i niedostupnyje. Prosto śmieszno i nie dziwię się, że z nas ludzie się śmieją. Nie mówię, żeby zaraz tak jak Mordowcewa — ale czemu odwracać oczy od młodego chłopca, dlatego że on oficer, i broń Boże, ruski? A że książę nam robi zaszczyt, to my mamy dlatego być niewdzięczne? Przepraszam! To byłoby dopiero nieładnie.
U nas na ogól pojęcia przestarzałe i głupie, my wcale nie humanitarni i nie czujemy się ludźmi, tylko Polakami; to jest szowinizm. I ty także byłaś szowinistką, kiedy nie chciałaś rok temu powiedzieć „Miednego wsadnika". A już w tym roku panny nabrały większego rozumu. Wernik, dlatego żeby dostać szifr, nauczyła się „Chadżi Abreka", a potem, choć bez szifra, deklamowała z wielkim patosem:

Mogucz, bagat, auł Dżemat,
On nikamu nie płatit dani!

I nie ona jedna, bo i Daminowska także popisywała się po rusku.
A ty w przeszłym roku wyprawiałaś takie awantury, że aż ciebie wypędzili! I po co? Nie lepiej było zostać i przez ten rok tańczyć na balach, a może i Wielki Książę byłby z tobą mówił jak ze inną. Wtedy i mnie, i innym wydawało się, że ty bohaterka, ale teraz my już rozumniejsze i wiemy, że to na nic się nie przyda. Co tam jakieś dwie, a choćby dwadzieścia i sto panien z Institutu, pomoże ze swoim buntowaniem się, kiedy wszyscy "muszą robić, co każe naczalstwo — czy instytuckie, czy inne — bo naczalstwo jest silne, a my słabi. Kto ma władzę, ten rozkazuje, a kto nie ma, ten słucha. Wszędzie tak na świecie. Tak i historia uczy. Albo nam źle teraz? Marny wszystko, co trzeba — i szkoły, i poczty, koleje, i kraj wzbogaciał, i Polacy nie kłócą się między sobą, jak dawniej, kiedy mieli swobodę. My wtedy nie potrafili jej używać. Tak przyszli mocniejsi i zaprowadził porządek. Wszędzie i zawsze tak bywało. My do polityki nie mamy zmyśla, to i lepiej, że nie mieszamy się, i nie robimy takich głupstw jak król Sobieski, który Bóg wie po co i na co gonił aż pod Vienę, a tymczasem w kraju były bezporządki i awantury. Nasi królowie nie umieli rządzić i uciskali poddanych. Dlatego Chmielnicki powiedział: „Wolimo pod cara wostocznawo, prawostawnawo".
I Kozacy się zbuntowali przeciw naszym wielmożom i przeciwko królowi, a królowie słuchali ciągle Jezuitów i gnębili każdą inną wiarę, gorzej od Ruskich. Przez Jezuitów my przepadli, bo zamiast donkiszotować po świecie, trzeba było pilnować porządku w kraju, toby tego wszystkiego nie było. A jak chcieli być potężni, to czemu Sigismund III nie skorzystał i nie posadził swojego syna na moskiewskim prestole , kiedy jego zapraszali? Wielka rzecz, że musiałby zostać prawosławnym, toć toć chrzęścijańska wiara, a i Henryk IV zmienił religię, bo sobie powiedział: „Paris vautune messe" . Nas fanatyzm i nietolerancja zgubiły, a i to także, że my wszystkim wierzyli, tylko nie tym, co trzeba. Ot, i taki Napoleon I. Dużo on nam zrobił? A choć Aleksander I przebaczył, że my jemu pomagali przeciw Rosji, to Polacy byli niewdzięczni i zrobili rewolucję, a potem jeszcze wozstanije. I teraz nam gorzej, jak mogło być bez buntów. Ciągle my robili głupstwa i wcześniej czy później nas musieli pozbawić władzy, to u nas były złe granice i ludzie bez rozumu. A teraz spokój, każdy zajmuje się swoją robotą — Ruscy kupują u nas zboże, trzewiki, rękawiczki i my wzbogacamy się. Czy to źle?
I choćby taka Instituitka: jej dają patent, ona może zostać czastną uczitielnicą i mieć dużo pieniędzy. A jak która skończy pensję, to jej patent tyle wart, co zwyczajny list papieru. Ruscy nie tacy źli, jak nam się dawniej zdawało, tylko nie trzeba z nimi ostro — oni tego nie lubią. I kto by lubił? Czy przyjemnie, jak tobie ma złość robią? Im także niemiło. A ty w ostatnim liście dziwisz się, że ja nie taka, jak byłam. Prawda: bo starsza i rozumniejsza, a ty nie nabrałaś jeszcze rozumu. Dobrze pomyśl nad tym, co piszę, a przekonasz się, że prawda moja".


wtorek, 30 czerwca 2015

Blondynka w podróży,czyli książki na wakacje




          Lubię czytać książki, ale ostatnio zauważyłam, że moje upodobania czytelnicze są typowo kosmopolityczne z resztą chyba zawsze takie były, bowiem nie mam zwyczaju czytać polskich pisarzy. Sięgam zazwyczaj po literaturę obcą francuską, anglojęzyczną czy też latynoamerykańską w ostateczności włoską. 
          Wynika to może z tego, że literatura polska wydawała mi się zawsze taka nudna, pełna martyrologii i patriotyzmu, walki o lepszą Polskę itd.. Ileż razy można czytać jedno i to samo?  Wiem, że tak a nie inaczej ukształtowała nas historia, ale jeśli ktoś nie ma zadatków na patriotę to trudno mu się zachwycać tego typu literaturą.
              Niemniej jednak zdarzyło mi się sięgnąć ostatnio po książkę polskiej pisarki i podróżniczki Beaty Pawlikowskiej. Pisze Ona książki o podróżach a także wydała serie poradników psychologicznych i książek  do nauki języków obcych . Przyznam się szczerze, że byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, bowiem nie było ani krzty patriotycznych odniesień, czy martyrologicznych przynudzań ,. 
           Mogę śmiało powiedzieć, że jest Ona takim żeńskim odpowiednikiem Paulo Coelho..Może nie jest to do końca dobre porównanie niemniej jednak jest to kobieta wolnościowo i feministycznie nastawiona do życia, ma swoją bardzo liberalną i ciekawą  filozofie życia , z którą warto się zapoznać . 
           Jej poradniki i książki mają tą zaletę, że odnoszą się do realiów polskich, co jest bardzo ważne, bo inna jest specyfika i styl życia Amerykanów czy Europejczyków z krajów zachodnich a inne realia są  tutaj w Polsce.  Pani Beata w swoich książkach pokazuje jak swoje życie można zmienić, jak spełniać marzenia i być spełnionym niezależnie, gdzie się mieszka i w jakiej jest się  sytuacji życiowej. Każda Polka i Polak może  zmienić swoje życie dzięki radom pisarki,  co jest ogromnym plusem jej książek .
             Z tego co wiem nie zawsze w życiu Beaty Pawlikowskiej  było  łatwo . Musiała się ona podnieść z wielu porażek i bolesnych doświadczeń a  mimo to jest kobietą szczęśliwa i spełniona, co w tym kraju nie jest sprawa łatwą no i podróżuje samotnie po całym świecie niczego się nie obawiając. ;-)
               Przeczytałam do tej pory książki W Dżungli życia oraz Blondynkę na Bali, Teraz czytam Blondynkę u Szamana a niedawno kupiłam sobie Blondynkę na Jawie.  Czeka wiec na mnie  bardzo ciekawa lektura na wakacje . ;-)
             Na koniec załączam Wam mały cytat z Książki Pani Beaty Blondynka na Bali i zachęcam Was do zapoznania się z tą pisarką i jej twórczością .

W podróży jest dokładnie tak samo jak w życiu . Co ma się zdarzyć ,to będzie  . Nie ryzykuję  bez potrzeby ani dla zabawy , Czasami jednak trzeba podjąć decyzje  nie mając  do końca pewności  jakie będą konsekwencje   Zaufać swojemu instynktowi  ,Albo po prostu poddać się przeznaczeniu .
W chwili, kiedy zgadzasz się na to, co będzie, świat zaczyna się tobą opiekować. Dopóki walczysz i usiłujesz przejąć kontrolę nad przyszłością, jesteś jak obcy przybysz w żelaznej zbroi na nowej planecie. Być może nikt cię nie zaatakuje, ale i nikt nie zaoferuje ci pomocy. Zdejmij pancerz i zdaj się na to, co ma być. Wtedy poczujesz, że ktoś lub coś o ciebie dba. Na każdym kroku.
Kiedy  przestaniesz gorączkowo szukać drogowskazów i dokładnych map, poczujesz ,ze  świat sam cię  prowadzi. W najlepszym dla ciebie kierunku .

niedziela, 10 maja 2015

Kosmopolityzm


            11 lat jesteśmy już w Unii Europejskiej. Jak ten czas leci. Zastanawia mnie jak jest z  dzisiejszym polskim  patriotyzmem?  Czy większość Polaków uważa się najpierw za Europejczyków, obywateli świata, synami i córkami cywilizacji europejskiej, a dopiero potem mieszkańcami swojego regionu, miasta lub wsi? Czy też większość osób uważa się za Polaków ,a Europę traktuje tylko, jako polityczny i gospodarczy twór?
          Przytoczę Wam teraz cytat z książki Nad Niemnem będzie, to rozmowa Zygmunta Korczyńskiego z jego matką Andrzejową Korczyńską. Większość zapewne z Was pamięta tę  lekturę z lekcji języka polskiego. Postać Zygmunta Korczyńskiego była bardzo negatywnie oceniana, jako kosmopolitę bez żadnych wartości. Ja uważałam, że wychowany przez matkę z dala od Polski nie był on z nią związany, była mu ona obca. Był przyzwyczajony do wyższych standardów mieszkaniowych i cywilizacyjnych. Polska była krajem zacofanym w porównaniu z krajami zachodu, więc siłą rzeczy wolał wybrać inne miejsce do życia. 
             Dzisiaj Polacy  wyjeżdżają za granicę i nie zamierzają tu nigdy wracać , nie widzą tu przyszłości i nie mają też sił walczyć o inną Polskę, bo w końcu ile razy można o coś walczyć ? Walczyło tyle pokoleń i im się nie udało, więc dlaczego współczesnej młodzieży miałoby się udać?   Dlaczego mają się poświęcać? W imię, czego?
Może nadeszła epoka takich Zygmuntów Korczyńskich w wersji żeńskiej i męskiej a jeśli tak to czy jest to coś złego?

Rozmowa Zygmunta Korczyńskiego z Matką Andrzejową Korczyńską 

– Powiedział mi Wincenty, że mama życzyła sobie widzieć się ze mną, gdy tylko do domu wrócę. A ja także w ten piękny wieczór z Korczyna wracając postanowiłem bardzo poważnie, pomówić dziś z mamą o rzeczach mających dla mnie wagę wielką, niezmierną...
Spojrzała na niego, w oczach jej zamigotał niepokój.
– Słucham cię, mów! Może myśli nasze spotkały się i o jednym przedmiocie mówić z sobą pragniemy.
– Wątpię – odpowiedział – jestem nawet pewny, że mamie nigdy nie przyszło na myśl to, co ja dziś mamie chcę zaproponować, a raczej o co chcę bardzo usilnie prosić.
Uśmiechnął się do matki pieszczotliwie, z przymileniem i, schyliwszy się znowu, piękną białą rękę na czarnej sukni spoczywającą pocałował.
– Parions – zażartował – że propozycją moją mama będzie zdumioną... nawet oburzoną... oh, comme je te connais, ma petite, chére maman!... ale po namyśle i spokojnej rozwadze, może...
– Słucham cię – powtórzyła, a piękne jej oczy, których blask łzy i tęsknoty zgasiły, z niewysłowionym wyrazem powściąganej czułości spoczywały na tej pochylonej ku jej kolanom głowie, na którą, Boże! Ileż nadziei, ileż jej cudownych marzeń i namiętnych modlitw spłynęło!
Głowę podniósł, ale nie wyprostował się, tylko w poufnej i razem coś pieszczotliwego mającej w sobie postawie, ręki matki z dłoni nie wypuszczając mówić zaczął:
– Nieprawdaż, najlepsza mamo, że u stóp twoich i u twojego serca dziecinne i trochę późniejsze nawet lata spędziłem tak, jak spędzać je musiała la belle au bois dormant, słodko drzemiąca w swym kryształowym pałacu, wśród zaklętego lasu, którego nigdy nie dotykała jej stopa i z którego przychodziły do niej tylko wonie kwiatów i śpiewy słowików? Nieprawdaż, chére maman, że usuwałaś mię starannie od wszystkiego, co powszednie i pospolite, a przyzwyczajałaś w zamian do rzeczy pięknych, do uczuć delikatnych, do marzeń wzniosłych, nieprawdaż?

– Prawda – odpowiedziała.
– I to także jest prawdą, moja mamo, że przeznaczałaś mię do zadań i losów zupełnie niepospolitych, wysokich... a tak wszystko skierowywałaś, abym nie mógł i nie chciał mieszać się z szarym tłumem? Czy to jest prawdą, moja mamo?
– Tak – odszepnęła.
Z powstrzymywaną ciągle czułością, której Głucha obawa zwalczyć nie mogła, słuchała jego mowy płynnej, pełnej wdzięku i czuła na swojej ręce pieszczotę jego ręki miękką, delikatną. Takim, jakim przedstawiał się w tej chwili, łagodny, rzewny, na skrzydłach poezji kołyszący się, Zygmunt czarował ją zawsze i nie tylko ją jedną, bo i tę także duszę kobiecą, z którą rozstał się on przed godziną, a która długo jak ptak upojony kąpała się w tym czarze, i tę drugą, prawie dziecinną jeszcze duszyczkę, która teraz na dole tego domu tonęła w łzach i trwodze, i – wiele zapewne innych na szerokim świecie.
– Nieprawdaż, mon adorée maman, że potem sama wysłałaś mię w świat szeroki, gdzie wiele lat spędziłem wśród najwyższych wykwintów miast, wśród najwspanialszych widoków natury, na łonie sztuki... że przez te lata zupełnie odwykłem od tutejszej szarości i pospolitości, do których zresztą i nigdy przyzwyczajony nie byłem żyjąc w twoim idealnym świecie, tak jak zaklęta księżniczka żyła w swym kryształowym pałacu? Nieprawdaż, moja najlepsza, najrozumniejsza mamo?
– Prawda. Ale do czego zmierzasz?
– Zmierzam naprzód do tego, aby ci, ma chére maman, powiedzieć, że za wszystko, co wyliczyłem, jestem ci gorąco, niewypowiedzianie wdzięcznym...
Tu pochylony znowu ustami dotknął jej kolan.
– Następnie do tego, że przecież rzeczą jest niepodobną, zupełnie niepodobną, abym po takiej, jak moja, przeszłości, został na zawsze przykuty do tego kawałka ziemi, do tych stajen, stodół, obór... que sais–je? do tego okropnego Jaśmonta, który co wieczór przychodzi mi klektać nad głową o gospodarstwie... do tych... tych... que sais–je? zamaszystych i razem jak nieszczęście znękanych sąsiadów... Czyż to podobna? Moja droga mamo, czyż ktokolwiek, po takiej, jak moja, przeszłości, wobec takich, jak moja, ambicji i potrzeb może wymagać tego ode mnie?
Ręce szeroko rozpostarł, oczy mu się trochę szerzej niż zwykle rozwarły, zmarszczka przerznęła czoło. Silnie do głębi był przekonany, że wymaganie, o którym mówił, byłoby absolutnie niemożliwym i niesprawiedliwym. Pani Andrzejowa myślała chwilę. Do pewnego stopnia słuszności skargom syna nie odmawiała. Pamiętała wybornie o swoich własnych wstrętach i nieudolnościach. Po chwili z namysłem mówić zaczęła:
– Ciernie twojego położenia rozumiem dobrze. Wszystko to, co wyliczyłeś, czyni je dla ciebie trudniejszym, niż bywa ono dla innych. Jednak, moje dziecko, niczyje życie na tej ziemi nie może być wolnym od usiłowań, walk, cierpień i spełniania trudnych...
Prędko z krzesła wstając mowę jej przeciął:
– Dziękuję! Mam już tych usiłowań, walk i cierpień aż nadto dosyć. Utopiłem w nich dwa lata mego życia. J'en ai assez!
– Gdybyś był wyjątkiem... Ale... wszyscy jesteśmy nieszczęśliwi...
Stając przed matką zapytał:
– Nie jest przecież życzeniem mamy, abym pomnażał poczet nieszczęśliwych?
W głosie jej czuć było trochę drżenia, gdy odpowiedziała:
– Nie ma na świecie matki, która by dziecko swoje nieszczęśliwym widzieć chciała, ale ja dla ciebie pomiędzy niskim szczęściem a nieszczęściem wzniosłym wybrałabym drugie.
– Któż tu mówi o szczęściu niskim? – zarzucił – czyż przyjemności wyborowych towarzystw, piękności wspaniałej natury, rozkosze sztuki stanowią niskie szczęście?
– Najpewniej nie. Ponieważ jednak tu się urodziłeś, tu są twoje obowiązki, tu żyć musisz...
– Dlaczego muszę? – przerwał – dlaczego muszę?
Ale właśnie przybyliśmy w rozmowie naszej, droga mamo, do punktu, na którym umieszczę moją propozycję... non! moją najgorętszą prośbę...
Zawahał się przez chwilę, patem znowu przed matką siadając znowu pochylił się ku jej kolanom i rękę jej wziął w swoje dłonie. Znowu też pieszczotliwie, z wdziękiem, z odcieniem rzewności i poetyczności, mówić zaczął. Mówił o tym, aby sprzedała Osowce, które były dziedziczną jej własnością, i aby z nim razem za granicę wyjechała. Mieszkać będą w Rzymie, Florencji albo w Monachium, każdego lata wyjeżdżać w góry lub nad morze. Kapitał osiągnięty ze sprzedaży Osowiec w połączeniu z tym, co Klotylda posiada i jeszcze w przyszłości od rodziców otrzyma, wystarczy im na życie, nie zbytkowne wprawdzie, ale dostatnie i bardzo przyjemne. Zresztą, on może jeszcze kiedyś i bardzo bogatym zostanie, gdy w otoczeniu stosownym artystyczne natchnienia i zdolność twórczą odzyska. Żyć i podróżować będą zawsze razem, przyjemności wysokich używać, wszystkie marzenia swoje spełniać, tylko trzeba, aby wydostali się stąd koniecznie, aby koniecznie i co najprędzej wynurzyli się z tego morza pospolitości, nudy i powszechnych złych humorów. Z lekka żartować zaczął:
– Nieprawdaż, moja złota mamo, że tu panuje powszechny zły humor? Wszyscy po kimś albo po czymś płaczą, zbiedzeni, skłopotani, przelęknieni... Stąd płynie melancholia, qui me monte á la gorge i dławi mię jak globus histericus tę biedną panią Benedyktową...
Raz tylko wyjeżdżałaś za granicę, droga mamo, i to dawno... jeszcze z ojcem. Nie znasz więc różnicy atmosfer... nie wyobrażasz sobie, ile znalazłabyś tam rzeczy pięknych, ciekawych, wzniosłych, prawdziwie godnych twego wykształcenia, smaku i rozumu!...
Milczała. Z głową podniesioną i spuszczonymi powiekami siedziała nieruchomo, nie odbierając mu swojej ręki, która tylko stawała się coraz zimniejszą i sztywniejszą. Na koniec cicho, ale stanowczo przemówiła:
– Nie uczynię tego nigdy.
Porwał się z krzesła.
– Dlaczego? dlaczego?
Podnosząc na niego wzrok głęboki i surowy odpowiedziała:
– Dlatego właśnie, co powiedziałeś... Dla tej właśnie melancholii...
– Ależ to jest wściek... pardon! krańcowy idealizm! Krańcową idealistką jesteś, moja mamo! Skazywać się na wieczny smutek, kiedy uniknąć go można, przyrastać do zapadłego miejsca na kształt grzyba, dlatego tylko że inne grzyby siedzieć w nim muszą – to idealizm bezwzględny, krańcowy idealizm!
Patrząc mu prosto w oczy zapytała:
– A ty, Zygmuncie, czy nie jesteś idealistą?
On! ależ naturalnie! Uważa się on za idealistę i nie przypuszcza nawet, aby go ktokolwiek o materialistyczne zasady albo dążności mógł podejrzewać. Ale w tym właśnie tkwi niemożność pozostawania jego tutaj. Spragniony jest ideałów i wyższych wrażeń, a otacza go sama pospolitość i monotonia. Idealistą zresztą będąc do ascetyzmu skłonności nie posiada. Fakirem ani kamedułą zostać nie może. Jest on człowiekiem cywilizowanym i posiada potrzeby zaszczepione w niego wraz z cywilizacją: potrzeby uciech i rozrywek pewnego rzędu, tu do znalezienia niepodobnych. Dla braku wrażeń pracować nie mogąc, nie ma także żadnych przyjemności, a całe dnie przepędzać bez pracy i bez przyjemności jest to życie prawdziwie piekielne, od którego oszaleć można, nie tylko już ze zmartwienia i tęsknoty, ale z samej nudy...
Unosił się. Od dawna już pracujące w nim niezadowolenie i zniecierpliwienie teraz, wobec oporu matki grożącego ruiną jedynemu jego ratunkowemu planowi, nadwerężało w nim nawet zwykłą wykwintność form. Wyglądał daleko mniej żurnalowo niż zwykle. Z rękami w kieszeniach surduta pokój przebiegał; kilka razy gniewnie i niespokojnie własną swoją postać obejrzał.
– Tu każdy – wołał – największy choćby idealista, najgenialniejszy artysta, przemienić się musi w opasłego wołu... Ciało prosperuje, a duch upada. Czuję w sobie okropną degrengoladę ducha... Prawdziwie i głęboko nieszczęśliwym jestem... Marnieję, ginę, wszystko, co jest we mnie wyższego, idealnego, przemienia się w żółć i tłuszcz!...
Przy ostatnich światłach kończącego się dnia pani Andrzejowa ścigała wzrokiem gwałtowną przechadzkę syna po pokoju i wtedy dopiero, gdy przerwał się na chwilę potok jego wpółzgryźliwej, wpółżałosnej mowy, głosem, który z dziwną trudnością wychodził z jej piersi, zauważyła:
– Czy zachęty do tej pracy, której pragniesz, i do tej, której nie lubisz, niejakiego przynajmniej wynagrodzenia braków, na które się skarżysz, nie możesz znaleźć w uciechach serca?... Ja kiedyś je posiadałam, znam więc ich moc i wagę. Jesteś, Zygmuncie, bardzo szczęśliwie ożeniony.
– Nie bardzo – sarknął.
Tak cicho, że zaledwie mógł ją dosłyszeć, zapytała:
– Czy nie kochasz Klotyldy?
Zakłopotany trochę, przechadzkę swą przerwał, stanął.
– Owszem... owszem... mam dla niej przywiązanie... dużo przywiązania... ale nie wystarcza mi ona.... do duchowych moich potrzeb nie dorosła... ta wieczna jej czułość i nieustanne paplanie...
Z żywością mu przerwała:
– Jest to dziecko, piękne, utalentowane i namiętnie cię kochające dziecko, które w słońcu twojej miłości i przy świetle twego umysłu dojrzeć i rozwinąć się może... Nie tylko za szczęście, ale i za jej moralną przyszłość odpowiedzialnym jesteś...
– Pardon! – przerwał – na pedagoga nie miałem powołania nigdy i do kształcenia żony mojej nie obowiązywałem się przed nikim. Ce n'est pas mon fait. Jest się dobraną parą lub się nią nie jest. Voilá! A jeżeli w tym wypadku są jakieś nierówności, ofiarą ich z pewnością jestem ja.
Plecami do pokoju zwrócony stanął przed oknem, za którym słońce, już niewidzialne, zapalało nad drzewami parku szeroki pas różowy. Przez kilka minut panowało milczenie, które przerwał stłumiony głos pani Andrzejowej. Czuć w nim było zdejmującą ją niewysłowioną trwogę.
– Zygmusiu, chodź do mnie... chodź tu... bliżej!
A gdy o parę kroków od niej stanął, szeptem prawie mówić zaczęła:
– Na wszystko, co kiedykolwiek nas z sobą łączyło, co kiedykolwiek kochałeś, proszę cię, abyś mi odpowiedział szczerze, zupełnie szczerze... Zlękłam się, widzisz, niezmiernie myśli, która do głowy mi przyszła... Uczułam niezmierny ciężar na sumieniu... Jednak pragnę wiedzieć prawdę, aby móc jasno rozpatrzeć się w położeniu i co jest jeszcze do naprawiania, naprawić, czego uniknąć można, uniknąć... Czyżbyś prawdziwie i stale kochał Justynę? Czyżby to uczucie było przyczyną tak prędkiego zobojętnienia twego dla Klotyldy? Czy... gdybym... zamiast zrażać, zachęcała cię była do ożenienia się z Justyną i gdyby ona była teraz twoją żoną, czułbyś się szczęśliwszym, mężniejszym, lepiej do życia i jego obowiązków uzbrojonym?
Zapytań tych, wysłuchał z trochę gorzkim, a trochę lekceważącym uśmiechem, po czym z rękami w kieszeniach i podniesionymi trochę ramionami przechadzkę po pokoju znowu rozpoczynając odpowiedział:
– Bardzo wątpię. Wie mama, że rozczarowałem się do niej zupełnie Zimna jest, przesądna, ograniczona, przybiera jakieś pozy bohaterki czy filozofki... Przy tym dziś właśnie zauważyłem, że ma takie zgrubiałe ręce i w ogóle wygląda więcej na prostą, hożą dziewkę niż na pannę z dobrego towarzystwa... Już też Klotylda daleko jest dla mnie stosowniejszą... bo delikatniejsza, staranniej wychowana i wcale ładny talent do muzyki posiada... wcale ładny... Tylko że ja dziwnie łatwo oswajam się ze wszystkim, a jak tylko oswoję się, zaraz mię nudzi... Ca dépasse toute idée, jaki ja mam głód wrażeń... Prawdziwie, pod tym względem nienasycony jestem i dlatego właśnie w tej tutejszej monotonii ginę, marnieję, przepadam...
Mówił jeszcze czas jakiś, ale trudno było zgadnąć, czy pani Andrzejowa go słuchała. Odpowiedź jego upewniła ją o dwóch rzeczach: naprzód o tym, że przez Justynę odtrąconym został, następnie, że żadnej z tych dwóch kobiet prawdziwie i stale nie kochał. Czy kogokolwiek lub cokolwiek mógł kochać? Powoli, powoli wyniosła kobieca głowa żałobnym czepkiem okryta chyliła się na pierś, w której wzbierała hamowana jeszcze burza uczuć, i podniosła się znowu wtedy dopiero, gdy Zygmunt kroki swe przed nią zatrzymując raz jeszcze ze zmieszaniem prośby i wyrzutu, pieszczotliwości i zniecierpliwienia pytać zaczął: czy cierpienia jego nie skłonią ją do wykonania planu, który ułożył? czy po namyśle, zimno na rzeczy spojrzawszy, nie zgodzi się na to, czego on pragnie i dla podtrzymania swoich twórczych zdolności, dla uniknięcia ostatecznej degrengolady ducha koniecznie potrzebuje?
Wtedy pani Andrzejowa głowę podniosła znowu i głosem, w którym brzmiała zwykła już jej wyniosłość i energia, odpowiedziała:
– Nigdy. Ja na te rzeczy nigdy zimno patrzeć nie będę. Dopóki żyję, nigdy na tej piędzi mojej rodzinnej ziemi, nigdy w tych ścianach obcy ludzie... obce bogi...
Nagle wybuchnęła:
– Wielki Boże! Ale po mojej śmierci ty to uczynić jesteś gotów... tak! ty to uczynisz pewno, gdy tylko ja oczy zamknę... Jak tchórz uciekniesz z szeregów zwyciężonych... jak samolub nie zechcesz łamać się chlebem cierpienia... Kawał Chrystusowej szaty rzucisz za srebrnik, ażeby kupić sobie życie przyjemne... Wielki Boże! Ależ ty chyba w chwili uniesienia... w dziwnym jakimś śnie okazujesz się takim... Zygmuncie, o! mój Zygmuncie! powiedz mi, że naprawdę inaczej myślisz, i czujesz...
Syn, spokojny i zimny, nie dając się unieść jej wybuchowi, jakby jej prawie nie słuchając mówił:
– Niech się mama nie unosi! Ależ, moja droga mamo, proszę się tak nie unosić! Któż tu mówi o samych tylko przyjemnościach życia? Mnie idzie o coś wyższego, ważniejszego... o moje zdolności... natchnienia...
– Czyż dusza artysty – zawołała – musi koniecznie być tylko motylem na swawolnych i niestałych skrzydłach przelatującym z róży na różę? Czy tu ziemia nic nie rodzi? czy tu słońce nie świeci? czy tu królestwo trupów? że żadnego błysku piękna i życia dokoła siebie znaleźć nie możesz?... że nic cię zachwyceniem czy bólem, miłością czy oburzeniem wstrząsnąć i natchnąć nie może? A ja marzyłam... a ja marzyłam...
Tu głos jej drżeć zaczął powściąganymi z całej siły łzami.
– A ja marzyłam... że tu właśnie, w otoczeniu rodzinnej natury, wśród ludzi najbliższych ci na świecie, twórcze zdolności twoje najpotężniej w tobie przemówią... że raczej tu właśnie najpotężniej przemawiać do nich będzie każda roślina i każda twarz ludzka, każde światło i każdy cień... że właśnie soki tej ziemi, z której i ty powstałeś, jej łzy i wdzięki, jej słodycze i trucizny najłatwiej wzbiją się ku twojej duszy i najpotężniej ją zapłodnią...
Stojąc przed nią w postawie zbiedzonej, prawie skurczonej, ręce gestem zdumienia rozkładał i prawie jednocześnie z nią mówił:
– Ależ ja tego wszystkiego nie znam... ja, ma chére maman, z tymi światłami, cieniami, słodyczami, truciznami etc., etc. od dziecinnych dni nie przestawałem nie zżyłem się... nie przywykłem do nich... wcale do czego innego przywykłem... Nie możnaż z cywilizowanego człowieka przedzierzgnąć się na barbarzyńcę z powodu... z powodu soków ziemi, z którymi się do czynienia nie miało!
Powoli, obu dłońmi opierając się o stół, bo może nogi posłuszeństwa jej odmawiały, powstała i zapłakała tak, jak płakała zwykle, bez łkania, bez najlżejszego drgnienia rysów, kilku grubymi łzami, które powoli stoczyły się po jej policzkach.
– Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!– powoli wymówiła. – Zbłądziłam. Pomiędzy tobą a tym, co powinno być najwyższą twoją miłością, nie zadzierzgnęłam dość silnych węzłów. Mówiłam ci wprawdzie o tej miłości zawsze, wiele... ale słowa, to widać siew nietrwały... Zbłądziłam... Ale, dziecko moje...
Tu białe ręce modlitewnym gestem na staniku żałobnej sukni splotła.
– Nie karz ty mnie za mój błąd mimowolny... o, mimowolny! bo myślałam, że czynię jak najlepiej... Zamykałam cię w kryształowym pałacu i w dalekie światy wysyłałam, bo w myśli mojej miałeś być gwiazdą pierwszej wielkości, nie zaś pospolitą świecą, wodzem, nie szeregowcem. Widać zbłądziłam, ale ty błąd mój popraw. Pomyśl, głęboko pomyśl nad krótką historią swego ojca, którą znasz dobrze. Czy nie możesz z tego samego co on źródła czerpać siłę, męstwo, moralną wielkość? Twój ojciec, Zygmuncie, oprócz wielu innych rzeczy wielkich kochał ten sam lud, którym i ty otoczony jesteś, posiadał sztukę życia z nim, podnoszenia go, pocieszania, oświecania...
Nagle umilkła. W zmroku, który zaczynał już pokój ten napełniać, usłyszała głos drwiący i pogardliwy, który jeden tylko wymówił wyraz:
– Bydło!
O, Bóg niech będzie jej świadkiem, że pomimo wszystkich swoich instynktownych odraz i niedołężności nigdy tak nie myślała, nigdy na wielkie zbiorowisko ludzi, najbliższych jej w świecie ludzi, takiej obelgi, w najgłębszej nawet skrytości myśli swej nie rzuciła; że zbliżyć się do tego zbiorowiska, przestawać z nim, pracować nad nim nie umiejąc sprzyjała mu serdecznie i dla najnędzniejszej nawet istoty ludzkiej miała jeszcze życzliwość i choćby bierne współczucie. O, Bóg tylko jeden widział burzę przerażenia, którą w niej wzniecił ten jeden wyraz z obojętnie wzgardliwych ust jej syna spadły, bo on tej burzy, która jej głos odebrała, ani kredowej bladości twarz jej oblewać poczynającej nie spostrzegł i stając przed nią, jakby z milczenia jej chciał korzystać, mówić zaczął:
– Bardzo dobrze rozumiem, o co kochanej mamie najwięcej idzie. I jakże nie rozumieć? Soki ziemi, chleb cierpienia, Chrystusowe szaty, lud... słowem... jak mówi stryj Benedykt, to... tamto!... Nigdy o tym mówić nie chciałem, ażeby kochanej mamy nie gniewać i nie martwić. Szanuję zresztą wszystkie uczucia i przekonania, szczególniej tak bezinteresowne, o, tak nadzwyczajnie bezinteresowne! Ale teraz spostrzegam, że zachodzi konieczność szczerego rozmówienia się o tym przedmiocie. Otóż przykro mi to bardzo, j'en suis désolé, ale ja tych uczuć i przekonań nie podzielam. Tylko szaleńcy i krańcowi idealiści bronią do ostatka spraw absolutnie przegranych. Ja także jestem idealistą, ale trzeźwo na rzeczy patrzeć umiem i żadnych pod tym względem iluzji sobie nie robię... a nie mając żadnych iluzji, nie mam też ochoty składać siebie w całopaleniu na ołtarzu – widma. Proszę o przebaczenie, jeżeli mamy uczucia czy wyobrażenia obrażam, ale rozumiem, doskonale rozumiem, że osoby starsze mogą zostawać pod wpływem tradycji, osobistych wspomnień etc. My zaś, którzy za cudze iluzje pokutujemy, swoich już nie mamy. Kiedy bank został do szczętu rozbity, idzie się grać przy innym stole. Tym innym stołem jest dla nas cywilizacja powszechna, europejska cywilizacja... Ja przynajmniej uważam się za syna cywilizacji, jej sokami wykarmiony zostałem, z nią przez tyle lat pobytu mego za granicą zżyłem się, nic więc dziwnego, że bez niej już żyć nie mogę i że tutejsze soki tuczą mi wprawdzie ciało w sposób... w sposób prawdziwie upokarzający, ale ducha nakarmić nie mogą...
Słuchała, słuchała i może miała takie poczucie, jak gdyby ziemia spod stóp się jej usuwała, bo obie jej dłonie mocno ściskały krawędź stołu.
– Boże! Boże! – kilka razy z cicha wymówiła, a potem jedną rękę od stołu odrywając i ku oknu ją wyciągając, z trudem, zdławionym głosem zaczęła:
– Idź na mogiłę ojca, Zygmuncie, idź na mogiłę ojca! Może z niej... może tam...
– Mogiła! – sarknął – znowu mogiła! Już druga dziś osoba wyprawia mię na mogiłę! Ależ ja za mogiły bardzo dziękuję... przede mną życie, sława...
– Bez sławy, bez grobowca, przez wszystkich zapomniany, w kwiecie wieku i szczęścia ze świata strącony, twój ojciec... tam...
– Mój ojciec – wybuchnął Zygmunt – niech mi mama przebaczy... ale mój ojciec był szaleńcem...
– Zygmuncie! – zawołała, a głos jej dźwięczał zupełnie inaczej niż zwykle: przeraźliwie jakoś i groźnie.
Ale i on także miał w sobie trochę popędliwej krwi Korczyńskich, którą wzburzył niezłomny opór matki.
– Szaleńcem! – powtórzył – bardzo szanownym zresztą,.. ale do najwyższego stopnia szkodliwym...
– Boże! Boże! Boże!
– Tak, moja mamo. Niech mama mnie przebaczy, ale ja mam prawo mówić o tym, ja, który nie mogę zająć przynależnej mi w świecie pozycji, który nieraz w szczęśliwszych krajach czułem przybite do mego czoła piętno niższości, który o połowę uboższy jestem przez to, że mój ojciec i jemu podobni...
– Wyjdź! wyjdź stąd! – nagle głos z piersi wydobywając zawołała. – Co najprędzej, o! co najprędzej... bo lękam się własnych ust... o!...
Nie dokończyła, tylko z wysoko podniesioną głową i twarzą, której kredowa bladość w ramie czarnego czepka odbijała na tle zmierzchu, rozkazującym gestem wskazywała mu drzwi.
– Ależ pójdę! pójdę! z mamą o tych rzeczach rozmawiać nie podobna! Mogiły, złorzeczenia, tragedie! Co się tu dzieje! Co się tu dzieje! I o co? za co? dlaczego? Gdyby o tym gdzie indziej opowiadać, nikt by nawet nie zrozumiał i nie uwierzył!
Wyszedł i po cichu drzwi za sobą zamknął.



piątek, 17 października 2014

Paulo Coelho - Walkirie

           Pamiętam ten dzień było słoneczne upalne lato , a moja koleżanka siedząc w fotelu w moim pokoju popijała w porcelanowej filiżance słodkie puszyste cappuccino. Delektując się kawą nagle zapytała mnie czy czytałam Alchemika Paulo Coelho. Moja odpowiedz brzmiała nie. Z poruszenia odstawiła filiżankę i natchniona powiedziała ;  „to musisz ją przeczytać”  potem niemal siłą  zaciągnęła mnie do miejscowej biblioteki abym wypożyczyła tą książkę. Wypożyczyłam, przeczytałam i do dziś Paulo Coelho jest moim ulubionym pisarzem i nie tylko moim …
             Książki Paulo Coelho  są  popularne na całym świecie Moim zdaniem, dlatego, że ludzie poszukują aury tajemniczości, mistycyzmu czegoś czego sami mogą doświadczyć. Szukają drogowskazu , a dzięki Paulo Coelho mogą ten drogowskaz znaleźć. W naszej kulturze dominują dla wielu osób nudne rytuały kościelne, w których mało, kto się odnajduje . Paulo Coelho w swoich książkach wychodzi naprzeciw młodym ludziom, którzy poszukują swojej drogi.
           Książki Coelho łączą doktrynę chrześcijańską z magia, Wicca i różnymi magicznymi rytuałami oraz z tajnymi stowarzyszeniami.  W niektórych książkach jak w Pielgrzymie przedstawia rytuały, które czytelnik sam może wypróbować. A to dla młodych ludzi i nie tylko młodych jest ciekawe i fascynujące.



            Ostatnią książkę Paulo Coelho, którą przeczytałam to Walkirie.
Bohaterem tej książki jest sam Paulo Coelho, który udaje się wraz ze swoją żoną w podróż, aby osiągnąć kolejny stopień wtajemniczenia w sztuce Magii i nauczyć się widzieć swojego anioła. Szlak wiedzie na pustynie. Pierwszym etapem jest poszukiwanie tajemniczych Walkirii. 
          A kim są Walkirie? Według mitologii skandynawskiej to córki Odyna straszliwe zbrojne dziewce jeżdżące konno lub na wilkach po polach bitew.Zwiastują śmierć wojowników, którym dane jest polec w walce. Przedstawiano je też, jako skandynawskie mojry tkające losy ludzkie oraz jako skandynawskie wiedzmy. Symbolizują nieustraszoną odwagę i odpoczynek wojownika, miłosną przygodę w boju, spotkanie i stratę. Jednak współczesne Walkirie są zdecydowanie inne - jeżdżą motorami, noszą czarne stroje i kolorowe chusty oraz nawołują ludzi do wiary i pozbycia się leku …
            Wraz z Paulo Coelho odkrywamy tajemnice i uczymy się rozumieć i poprawnie odczytywać magiczne symbole, aby przybliżyć się wraz z autorem do celu podróży. Jest w tej książce trochę magii i trochę codzienności, a dzięki opisanym w książce ćwiczeniom każdy może spróbować zobaczyć swojego anioła ...
            Walkirie to książką pełna mistycyzmu, poszukiwania, walki ze słabościami i swoimi demonami. Zrozumie jej treść ten, kto sam wymaga od siebie i świata czegoś więcej niż mieć!
            To jedna z najbardziej osobistych książek Coelho jak sam autor pisze: W "Walkiriach" opisałem swoje doświadczenia na pustyni i wydarzenia, które rozegrały się między wrześniem a 17 października 1988 roku. Ich kolejność miejscami zmieniłem, a czasem uciekałem się d o fikcji, żeby lepiej wyrazić to, co wydaje się najważniejsze.
               Walkirie polecam przede wszystkim miłośnikom twórczości Paulo Coelho.Na pewno nie będą rozczarowani. Natomiast osobom, które dopiero pierwszy raz sięgną po książkę tego autora polecam przeczytanie „ Pielgrzyma „, „Piątej Góry ,a także „Jedenaście Minut”. Metafizyczna  pełna symboliki książka może nie być dobrze zrozumiana przez czytelnika nieznającego stylu Pisarza.

niedziela, 20 października 2013

W poszukiwaniu i zaskoczeniu ...


              Francuski szyk, styl i sztuka życia z tym kojarzy się wszystkim Francja. Ten, kto chce poznać, czym owy styl jest proponuję, aby sięgnął po książki autorstwa Mireille  Guiliano Francuzki nie tyją (książka, która uratowała mi życie – śmiało mogę to napisać) oraz druga książka tej samej autorki Francuzki na każdy sezon.  Czekam teraz na trzecią książkę Mireille Kobiety, praca i sztuka Savoir vivreu premierę owa książka będzie miała w listopadzie tego roku …

               Ostatnio wybrałam się na małą wędrówkę po księgarniach w poszukiwaniu nowego nabytku do mojej francuskiej kolekcji .Tym razem książki Jennifer L Scott Lekcje Madame Chic, którą mi poleciła Gourmande tak samo, jeśli nie bardziej zafascynowana wszystkim, co francuskie (dziękuję Gourmande).
            No i tak szłam tym swoim utartym szlakiem moich księgarń i nagle oczom nie wierze w rynku nie ma już Empiku a tam zaopatrywałam się w różnego rodzaju książki i prasę. Oj szkoda bardzo szkoda będzie mi brakowało tego miejsca; -(
          Ciekawa, co w tym miejscu powstanie .Pewnie jakaś restauracja byleby nie w stylu polskiego jadła czy KFC a Fe, ale np. włoska, węgierska, francuska ewentualnie meksykańska. Tak tęsknie za moją meksykańską restauracją,  która kiedyś mieściła się w galerii krakowskiej a teraz dali tam jakiś bar rybny Ohyda!

 No cóż wszystko się zmienia, ale miejmy nadzieję, że na lepsze …