Nie
można się poddawać i załamywać rąk. Twoja rozpacz i porażka to
ich radocha, nie dawaj im tego, oni się tym pasą
Wszystko będzie dobrze, pokonamy ich, trzeba się otrząsnąć z
przegranej, to się zdarza, im też.
Piotr Ibrahim Kalwas
Nie
można się poddawać i załamywać rąk. Twoja rozpacz i porażka to
ich radocha, nie dawaj im tego, oni się tym pasą
Wszystko będzie dobrze, pokonamy ich, trzeba się otrząsnąć z
przegranej, to się zdarza, im też.
Piotr Ibrahim Kalwas
Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Kota. To nie jest święto tylko "do śmiechu", przede wszystkim ma ono podkreślić znaczenie kotów w życiu człowieka, niesienie pomocy bezdomnym kotom i tym, które miały kiedyś dom, ale go straciły, sterylizowanie, a także uwrażliwienie ludzi na trudny los bezdomnych kotów. Orin Stambuł.
Wielkimi krokami powoli zbliżamy się do Nowego roku a nowy rok zawsze jest utożsamiany z nowym początkiem , nowymi celami i wyzwaniami . Myślę ,ze rady Bruce Lee i jego filizofia może nam pomóc w osiągnięciu tych celów – był to mądry smok … Przypadkiem znalazłam o nim taki post, może Wam się przydać .
W roku 1969
nikt nie oczekiwał, że ten mały Azjata Bruce Lee stanie się
jedną z najbardziej rozpoznawalnych osobistości we współczesnej
historii.
Nikt z wyjątkiem samego Bruce’a Lee.
Nazwany
przez magazyn Time jednym ze 100 najbardziej wpływowych ludzi XX
wieku, pierwszy człowiek, który kiedykolwiek został wpuszczony do
sławnej hali sztuk walki, Bruce Lee był o wiele lat przed swoim
czasem.
Był kimś więcej niż tylko aktorem czy artystą z
wielką charyzmą. Bruce Lee był głębokim myślicielem i
filozofem, godny tego uznania, co Platon i Nietzsche. Nie tylko ze
względu na podejście do życia, ale także umiejętność
zastosowania swojej filozofii i zademonstrowania jej namacalnych
rezultatów. Niezwykle rzadko zdarza się, aby każdy mógł
udoskonalić swoją fizyczną, umysłową i duchową istotę w
jedność. Bruce tego dokonał i zrobił to w dodatku zanim osiągnął
wiek 32 lat !
W jaki sposób to osiągnął? Wielu zada to
pytanie. Otóż istnieje kilka listów, które napisał Bruce,
którymi warto się podzielić.
„Ja, Bruce Lee, będę
pierwszą wysoko opłacaną gwiazdą z Azji w Stanach Zjednoczonych.
W zamian dam najbardziej ekscytujące show, jakie może podarować
aktor. Począwszy od roku 1970 osiągnę światową sławę i od
tego czasu do końca roku 1980 będę posiadał 10 000 000 dolarów.
Będę żył tak, jak chcę i osiągnę wewnętrzną harmonię i
szczęście.”
Cztery lata po tym jak to napisał został znaleziony martwy. Ale
w ciągu tych czterech lat osiągnął wszystkie wyznaczone sobie
cele, a nawet więcej. W rzeczywistości Bruce zrewolucjonizował
sztuki walki, dlatego prezydent UFC określa go jako ojca mieszanych
sztuk walki. Nawet bardziej imponujący niż to jest fakt, że Bruce
pomógł zmienić światowe postrzeganie całej chińskiej
rasy.
Przed wejściem Bruce’a do Hollywood, Chińczycy byli w
dużej mierze przedstawiani w poniżającym świetle. Przez
dziesięciolecia Chiny były uważane za „chorego człowieka
Azji”, ponieważ zachodnie mocarstwa i japońska elita dokonały
inwazji i zdziesiątkowały kraj podczas wojen opiumowych. Miało to
okropny wpływ na naród chiński, który był zepchnięty do
niewoli. Bruce pomógł więc zmienić postrzeganie, na zawsze
zastąpił stereotyp chińczyka pozbawionego mocy, pokazując siłę
sztuk walki. To jego wyczyn, o którym się często zapomina.
Deklaracja Bruce’a z 1969 roku jest intrygująca. Skąd mógł
wiedzieć co dokładnie osiągnie? Przeczytanie kolejnego jego listu
– ten napisał, gdy miał zaledwie 21lat – rozjaśnia nieco
sprawę:
Drogi Pearl,
List ten trudno zrozumieć.
Zawiera moje sny i sposoby myślenia w jednym. Możesz to nazwać
moim sposobem na życie. To dość niejasne, ponieważ trudno mi
opisać jak się czuję. Mimo to chcę ci o tym napisać. Zrobię co
w mojej mocy, aby to wyrazić i mam nadzieję, że ty również
zachowasz otwarty umysł, czytając ten list i nie wyciągniesz
wniosków, dopóki nie skończysz czytać.
Istnieją dwa
sposoby na dobre życie, jeden jest rezultatem ciężkiej pracy, a
drugi rezultatem wyobraźni (nad którą też trzeba pracować).
Faktem jest, że praca i oszczędzanie dają kompetencje, ale
fortuna w sensie bogactwa jest nagrodą dla człowieka, który
pomyślał o czymś, o czym nikt inny wcześniej nie myślał. W
każdej branży, w każdym zawodzie, pomysły są tym czego
poszukuje Ameryka. Pomysły sprawiły, że Ameryka jest taka, jaka
jest, a jeden dobry pomysł może uczynić człowieka tym, kim chce
być.
Jedną z części mojego życia jest gung fu. Ta
sztuka bardzo wpływa na kształt mojego charakteru i pomysłów.
Uprawiam gung fu jako kulturę fizyczną, formę treningu
mentalnego, metodę samoobrony i sposób na życie. Gung fu jest
najlepszą ze wszystkich sztuk walki, jednak chińskie pochodne judo
i karate, które są podstawami gung fu, kwitną w całych Stanach.
Dzieje się tak, ponieważ nikt nie słyszał o tej najwyższej
sztuce. Nie ma też kompetentnych instruktorów…
Wierzę,
ze lata treningów dadzą mi tytuł i zostanę pierwszym
instruktorem tej sztuki. Przede mną jednak długie lata szlifowania
technik i charakteru, dlatego moim celem jest ustanowienie
pierwszego Instytutu Gung Fu, który później zostanie
rozpowszechniony w Stanach (ustaliłem, że ukończę cały projekt
w ciągu 10-15 lat). Nie robię tego, by zarobić pieniądze,
motywów mam wiele, ale wśród nich najważniejsze jest to, by
ludzie dowiedzieli się o wielkości chińskiej sztuki. Chciałbym
coś zainicjować, a ponadto pokazać, że gung fu jest częścią
mnie.
Wierzę, że mój pomysł jest słuszny i dlatego
wyniki będą zadowalające. Nie martwię się o nagrody, bardziej o
to, by wprawić w ruch machinę zdarzeń i to osiągnąć. Mój
wkład będzie sam w sobie miarą sukcesu.
Niektórzy
zapytali nieżyjącego już doktora Charlesa P. Steimetza, geniusza
elektrycznego o opinię: „Jaka gałąź nauki osiągnie największy
postęp w ciągu następnych dwudziestu pięciu lat?” Zastanawiał
się przez kilka minut, a potem błyskawicznie odpowiedział:
duchowa realizacja”. Kiedy człowiek dojdzie do świadomej, żywej
realizacji wielkich duchowych sił w sobie i zacznie używać tych
sił w nauce, biznesie i życiu, jego postęp w przyszłości będzie
niezrównany.
Czuję, że mam w sobie tę wielką
twórczą i duchową moc, która jest większa od wiary, większa od
ambicji, większa od pewności i determinacji, i większa od wizji.
Wszystko w jednym. Mój mózg jest namagnesowany tą dominującą
siłą, którą mam w dłoniach.
Kiedy wrzucisz kamień
do kałuży puści serię oczek na wodzie, które będą się
rozszerzały aż obejmą całą kałużę. Dokładnie to się stanie,
gdy nadam moim pomysłom konkretny plan działania. W tej chwili
mogę rzucać moje myśli w przyszłość, którą widzę przed
sobą. Marzę (pamiętaj, że praktyczni marzyciele nigdy się nie
poddają). Mogę teraz posiadać tylko małą piwnicę, ale kiedy
moja wyobraźnia osiągnie pełną moc, widzę namalowany obraz
sześciopiętrowego Instytutu Gung Fu z oddziałami w całych
Stanach. Nie zniechęcam się, łatwo wyobrażam sobie siebie
pokonującego przeszkody, zwyciężającego niepowodzenia,
osiągającego „niemożliwe” cele.
Niezależnie od
tego czy to Bóg, czy nie, czuję tę wielką siłę, nierozerwalną
moc, coś dynamicznego we mnie. To uczucie jest nie do opisania i
nie istnieje takie doświadczenie, z którym można by je porównać.
Jest to coś w rodzaju silnej emocji zmieszanej z silną wiarą, ale
z jeszcze większą siłą.
W sumie celem mojego planu i
działania jest odnalezienie sensu życia – spokoju ducha. Wiem,
że to o czym mówię, może nie brzmi jak spokój ducha, jednak
może to oznaczać, jeśli poświęcam energię osiągnięciu jaźni,
a nie ciągłej walce. W celu odnalezienia spokoju ducha, nauka
taoizmu i zen okazała się cenna…
Być może ludzie
powiedzą, że jestem zbyt pewny siebie i swojego sukcesu. Cóż,
nie jestem. Moja chęć stworzenia wynika z tego, że wiem, że
MOGĘ. Jestem w tym naturalny, ponieważ w moim umyśle nie ma
strachu i wątpliwości.
Perła, sukces, przychodzą do
tych, którzy są świadomi sukcesu. Jeśli nie skupiasz się na
celu, jak, do cholery, zamierzasz go zdobyć?
Pozdrawiam
ciepło,
Bruce Lee
To niewiarygodne, że Bruce
Lee miał 21 lat pisząc ten list. Zawartość jest bardzo głęboka.
To, czego się tutaj uczymy, to fakt, że Bruce mieszkał w tym
czasie w piwnicy, ale doszedł do wniosku, że jest w nim coś
potężniejszego niż okoliczności. Coś, co nazwał „wielką
twórczą i duchową siłą wewnątrz”. Właśnie ta siła w
połączeniu z kilkoma zasadami, jakimi się kierował, doprowadziła
do jego niesamowitych osiągnięć.
Jeśli potrafisz ustalić jasny powód, dla którego dążysz do
swojego celu – trzymając się tego, znajdziesz każdy sposób, by
go osiągnąć.
Dla Bruce’a to było jasne: powołał się na
pasję do sztuk walki, swoje przekonania, by pomagać innym ludziom,
pragnienie poprawy życia swoich bliskich i głęboką chęć
podzielenia się sobą ze światem.
Bruce nie robił niczego dla pieniędzy, ale dla swoich
celów.
Kiedy pracujemy nad czymś, co nas pasjonuje i co
naprawdę sprawia, że żyjemy, nie tylko jesteśmy gotowi do pracy
przez 7 dni w tygodniu (co poprawia nasze szanse na sukces), ale
także mamy poczucie wyższych celów. To jest tak
satysfakcjonujące, że żadne pieniądze tego nie zastąpią.
Często ograniczamy się, oceniając naszą sytuację;
zniechęcamy się. Wyobraź sobie, że żyjesz jak Bruce w piwnicy i
jednocześnie wierzysz, że zmienisz świat. To irracjonalne. Ale
zamiast myśleć racjonalnie, Bruce wierzył, że ma niewiarygodną
siłę w sobie, która wyciągnie go ponad te okoliczności.
Możesz
nazwać tą siłę wolą, duchową mocą (jak Bruce), determinacją,
czy czymkolwiek chcesz. Ale to najwyraźniej istnieje, co udowodniło
wiele osób w historii. Rozpoznając to w sobie przestajesz myśleć,
że coś jest niemożliwe do osiągnięcia.
Z każdym problemem z jakim mierzysz się w życiu ktoś mierzył
się przed tobą i o tym opowiedział. Jeśli chcesz założyć
firmę, czytasz książkę którą ktoś o tym napisał, jeśli
chcesz poradzić sobie z depresją, też ktoś napisał już jak to
zrobić. Jeśli chcesz zrozumieć siłę swojego umysłu również
czytasz książkę na ten temat.
Bruce to człowiek, który
dobrze rozumiał umiejętność czytania i siłę samoedukacji. W
rzeczywistości, w wieku 32 lat jego prywatna biblioteczka zawierała
ponad 2,5 tys książek. Pomiędzy jego imponującą listą znaleźć
można takie pozycje jak: „Think and Grow Rich”, „The Power Of
Positive Thinking” i „As a Man Thinketh”. Biorąc pod uwagę
to, co napisał w swoim liście, jego wyobraźnia do kreowania
lepszego życia miała ogromny wpływ na niego.
Zaufanie to coś innego niż się większości ludzi wydaje.
Zaufanie to bezkompromisowe przekonanie i zaangażowanie,
niezależnie od przeszkód, jakie napotykamy w życiu. Bez względu
na to, ile razy damy się zwieść, nic i nikt nie będzie w stanie
powstrzymać nas od osiągnięcia celu.
Bruce miał tę pewność
siebie i zdecydował, że nawet, jeśli teraz mieszka w piwnicy,
nawet jeśli teraz ponosi porażkę, nie rezygnuje. Zrobi wszystko,
co konieczne, by osiągnąć swoje cele.
Czytanie czy samokształcenie i pozytywne myślenie nic nie znaczą bez podejmowania działania. Jeśli chcesz coś zmienić musisz działać. Jak powiedział Bruce: „Zrównaj myśl z działaniem”. Jeśli poświęcisz za dużo czasu na myślenie o czymś – nigdy tego nie zrobisz.
Ktoś ostatnio dał mi taką radę ....
Powiem Ci coś ważnego
Bo robisz to samo co ja
Pomagasz ludziom, którym nie powinnaś
TERAZ jest czas rozliczeń
Karma wraca
Z karmą nie wygrasz
Rozumiesz?
Jeżeli ktoś jest atakowany, to dlatego, że tak ma być
Ja wiem jak to brzmi
Ale tak jest
Jak pójdziesz na wojnę z karmą, to chyba wiesz,jak to się skończy?
Źle dla WSZYSTKICH!
Tu jest Piekło
Rozumiesz ?
Tu przychodzisz, żeby doświadczać
Piekła albo Nieba
To zależy od Ciebie
Nie dawaj się nikomu wciągać do jego Piekła
Bo po co?
Nagrody za to nie ma
Jest tylko kara
Jesteś w Piekle
Tu się nie pomaga
Skupiaj się na sobie
Najpierw ogarnij siebie
Później możesz pomagać ,
Czyli jedynie być i wspierać duchowo
Nie popełniaj moich błędów
Nie daj tego nikomu wykorzystywać
Też chciałem pomagać
A tylko zaszkodziłem sobie
W ramach dobrej rady;-)
Pracujesz 8 godzin, żeby żyć 4.
Dlaczego do cholery zbanowali Lipton? Co ja teraz będę piła? Nie ma Liptona. Nie ma Doritos. Nie ma McDonalds. To pie***** piekło. A co z moimi urodzinami? Co dadzą mi rodzice w prezencie? Papier toaletowy? Albo papier do drukarki? Bo wszystko będzie kosztować jak za ludzką wątrobę. Rosyjska Blogerka
Ukraińcy umierają, a ich domy są bombardowane przez Rosjan. Rozmiar tej tragedii chyba każdy widzi przynajmniej tak powinno być, ale tak nie jest.
Rosjanie a zwłaszcza Rosjanki też mają swoją „wielką tragedie”, która ich dotknęła rozpaczają, nie z powodu wojny, ale z powodu zamknięcia Instagrama;-). Histeria Rosjanek nie ma granic, bo nawet płaczą za Macdonaldem, herbatą Lipton, i chipsami,;-))))
Zresztą sami obejrzyjcie ten filmik z płaczącą blogerką z Rosji. ;-)
„coraz to z ciebie, jako z drzazgi smolnej,
Wokoło lecą szmaty zapalone;
Gorejąc nie wiesz, czy stawasz się wolny,
Czy to, co twoje,ma być zatracone?
Czy popiół tylko zostanie i zamęt,
Co idzie w przepaść z burzą?-Czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,
Wiekuistego zwycięstwa zaranie...
Norwid: za kulisami
22 października pożegnałam Ciocie - siostrę mojej Mamy, która zmarła po ciężkiej chorobie.
Ciocia przez ostatnie lata zajmowała się osobami niepełnosprawnymi i potrzebującymi pomocy. Była założycielką i kierowniczką Środowiskowego Domu Samopomocy Ognisko Terapeutyczne dla osób Niepełnosprawnych w Jerzmanowicach, a także udzielała się, jako radna gminy w miejscowości, w której mieszkała.
Próbowała zmieniać świat, chociaż ten lokalny i udało się jej zmienić postrzeganie osób niepełnosprawnych. Wklejam wywiad z Ciocią.
Wykłócam się z Bogiem
Budynek z zewnątrz nie wygląda imponująco. Dowiemy się jednak za chwilę, że wkrótce jego stan ulegnie poprawie, gdyż zyska ocieplenie i zewnętrzny tynk. Panią Marię Cieślik z domu Wypart, prezesa Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Osób Niepełnosprawnych prowadzącą Środowiskowy Dom Samopomocy – Ognisko Terapeutyczne (w skrócie ŚDS-OT) w Jerzmanowicach, zastajemy w jej gabinecie. Po chwili z nieskrywaną dumą oprowadza nas po wnętrzu dopiero co oddanego do użytku budynku – nowej siedziby ŚDS - OT. Pani Maria ma prawo do dumy - o godne miejsce dla swoich podopiecznych walczyła latami. Na korytarzach i w pomieszczeniach spotykamy ludzi, którzy tutaj spędzają znaczną część swojego życia. Widać, że w tych ścianach, już nasiąkniętych miłością, pośród przemykających aniołów - swoich opiekunów, czują się bezpiecznie.
Co było dla Pani inspiracją do pracy z niepełnosprawnymi?
Nigdy nie planowałam tego robić. Chciałam spokojnie żyć, pracować w szkole - znając siebie - na pewno z aspiracjami dyrektorskimi. Wybór zawodu nauczyciela był przeze mnie przemyślany. Byłam zastępcą dyrektora w szkole liczącej 1600 uczniów i bardzo lubiłam to zajęcie. Kiedy syn zachorował postanowiłam zrezygnować z pracy. Mogłam już odejść na wcześniejszą emeryturę z tytułu opieki nad osobą niepełnosprawną. I skorzystałam z tej sposobności. Nawiasem mówiąc, dzisiaj rodzice nie mają już takiej możliwości.
Rzuciła Pani wszystko tak z dnia na dzień?
Tak! Prawie z dnia na dzień. Teraz, z perspektywy czasu myślę, że to był błąd. W tamtym czasie jednak widziałam tylko takie wyjście. Może gdyby był przy mnie jakiś dobry psycholog… może by mnie powstrzymał. Wprawdzie miałam wsparcie mojej rodziny, jednak wiadomość o chorobie syna i wszystkie wydarzenia z tym związane, było jak „pęknięcie życiowego filmu”. Wydawało mi się, że sobie z tym nie poradzę. Piotrek był najważniejszy. Wierzyłam, że zdołam mu pomóc odzyskać zdrowie, więc zrezygnowałam ze wszystkiego … To był najbardziej stresujący okres mojego życia. Wraz z mężem postanowiliśmy Kraków zamienić na Jerzmanowice. Zamieszkaliśmy tutaj w domu zbudowanym w latach 80-tych.
Jak Pani, taka energiczna kobieta, nauczycielka, dyrektorka, osoba lubiąca przebywać wśród ludzi, poradziła sobie z nudniejszą rzeczywistością, brakiem zaplecza rehabilitacyjnego?
Bardzo doskwierała mi myśl o samotności mojego Syna. On sam zaczął mówić, że jest mu nudno, bo nie ma żadnych kolegów. Rozumieją Państwo. Z osobami niepełnosprawnymi nie ma prawdziwego partnerstwa. My tzw. zdrowi, normalni, nie potrafimy z nimi rozmawiać. Zwykle to są jakieś dziecinne pytania typu: czy jesteś głodny… no i co słychać? Nie pomagamy im w ten sposób pokonywać barier, integrować się. Dlaczego, idąc do nawet małomównego znajomego, możemy gadać przez godzinę o pogodzie, czy o jakichś tam głupstwach, a w stosunku do osoby, która trochę inaczej wygląda czy mniej sprawnie myśli już nie potrafimy się na to zdobyć? A oni pragną takich opowieści. Nie rozmawiamy przy nich tak o wszystkim. O polityce, o modzie. Dlaczego z nimi zwyczajnie nie plotkujemy, jak z sąsiadką zza płotu? Rzadko się zdarza, żeby osoby niepełnosprawne miały kogoś bliskiego spoza rodziny, kto znajdzie dla nich chwilę czasu, zagra w karty, obejrzy mecz, opowie ciekawą historię. Takie sytuacje zdarzają się niezwykle rzadko. Odważę się powiedzieć, że nie ma integracji i nigdy jej nie będzie. Osoba z problemami natury psychicznej, a nierzadko psychiatrycznej, skazana jest na brak towarzystwa. I tak, pewnego wieczoru pomyślałam sobie, że gdybym zorganizowała coś na wzór świetlicy lub dziennego ośrodka wsparcia dla niepełnosprawnych, to mój Syn również mógłby z niej korzystać. Miałby towarzystwo.
W latach dziewięćdziesiątych na wsiach nikt nie słyszał o tego typu placówkach.
Tak. Jeszcze nie było takich domów. I to był wielki problem, bo nikt nie wiedział jak mi pomóc. Skąd wziąć pieniądze i w ogóle jak się do tego zabrać. Odwiedzałam ośrodki, świetlice przykościelne, przeszłam przez chyba wszystkie pokoje w Urzędzie Wojewódzkim. Też nie wiedzieli. Na wsiach tego jeszcze nie było. Ale w roku 2002 to właśnie Urząd Wojewódzki pomógł mi najbardziej.
A co z innymi rodzicami w naszej okolicy, którzy borykali się z niepełnosprawnością swoich dzieci?
Zrobiłam zebranie z rodzicami. Napisałam osobiste listy do wszystkich, których zidentyfikowałam dzięki GOPS-owi i pielęgniarkom środowiskowym. Na pierwsze spotkanie przyszły trzy osoby. Na kolejne… może cztery. To był 1999 rok.
Ale Pani się nie poddała...
Rodzicom pomysł się podobał, ale wtedy jeszcze miałam wrażenie, że nie do końca mnie rozumieją. Z czasem, na kolejne spotkania przychodziło coraz więcej osób i w końcu powołaliśmy stowarzyszenie. Było nas dwadzieścioro. Musieliśmy opracować statut, dopełnić różnych formalności (tymi urzędowymi sama się zajęłam). No i zacząć pracę z naszymi dziećmi (często już metrykalnie dorosłymi), żeby mieli opiekę, rozwijali się w miarę ich możliwości, aby czuli wsparcie. Opracowałam plan pracy, dnia, zajęć dla osób niepełnosprawnych i wymyśliłam nazwę: „Ognisko Terapeutyczne”
W ostatnim czasie, w niedzielę była Liturgia Słowa poświęcona prorokowi Eliaszowi. Prorok w obliczu trudności zniechęca się, prosi Boga o śmierć – wycofuje się. Bóg jednak posyła do niego anioła, zachęca, aby się posilił przyniesionym podpłomykiem i każe mu iść. Czy widzi Pani analogie między historią Eliasza, a tym co działo się w Pani życiu?
Chyba nie... Ja jestem zbyt zbuntowana… Ja często kłócę się z Bogiem. Nie jestem głębokiej wiary i to mnie przeraża. Chociaż czasem myślę, że wręcz przeciwnie, bo przepraszam Boga za ten brak wiary… za kłótnie…
Wielu Świętych i Doktorów Kościoła „wykłócało” się z Bogiem. Bóg w ewangelii św. Mateusza mówi nam, że ludzie gwałtowni zdobywają je chodzi o Królestwo Niebieskie[1].
Czytałam książkę o proroku Eliaszu. Znam jego historię, ale nie… nie identyfikuję się z nim. Mam swoją drogę. Podtrzymuję raczej to, co powiedziałam na otwarciu nowego budynku dla ŚDS–OT. Bóg nie rozdał dóbr tego świata ani zdrowia po równo.
Czyli żali się Pani Bogu?
Tak, żalę się. Ale myślę, że zrobił to dlatego, żebyśmy stawali się wrażliwi i mogli sobie nawzajem pomagać… ale czy to aż tak jest, nie wiem. Często zdarza mi się płakać, złościć.
Szczególnie za jedną moją cechę chciałabym dziękować Bogu. Nie ma we mnie zazdrości. Patrząc na ludzi zachwycam się nimi. Stawiam na młodych. Spójrzcie jak młodzi ludzie pracują z niepełnosprawnymi. Jestem ciekawa ich pomysłów, podoba mi się, kiedy wymyślą coś nowego.
Myśli Pani czasem o przemijaniu?
No cóż… przemijamy. Ale cóż to jest starość? Ma też dobre strony. Jeśli wiem w jakim miejscu jestem to jest dobrze, jeszcze coś mogę zrobić. Nie dręczą mnie myśli o upływającym czasie. Nie lubię komplementów. Mężczyźni nie mówią sobie „świetnie wyglądasz”. Mówią, o samochodach, o życiu i innych sprawach. Wyglądam jak wyglądam i niczego nie będę poprawiać. Akceptuję siebie. Chociaż myśląc o śmierci boję się, czy zdążę wszystko ustawić. Wiecie państwo, to takie wzruszające, kiedy czasem w domu pytam, kto się mną zaopiekuje, kiedy będę już stara i zniedołężnieję, a mój syn odpowiada: „ No jak to kto, oczywiście że ja mamo.”
Wzruszające…
No i sprawa naszego ŚDS – OT prowadzonego w ramach statutowej działalności przez Stowarzyszenie. Życzyłabym sobie, żeby mój następca energicznie rozwijał to dzieło. Żeby też godnie zarabiał, a społeczność miała z jego pracy korzyści. Jednak jeszcze przez chwilę chciałabym się nacieszyć nowym budynkiem, o który tyle lat walczyłam. Długo czekałam na siedzibę z prawdziwego zdarzenia więc dałam sobie jeszcze trochę czasu, a potem… no cóż. Wiadomo, przemijamy a musi być jakaś kontynuacja.
Czy to prawda, że za swoją pracę, Pani Maria Cieślik nie pobiera pensji?
Tak, to prawda.
Jako przedstawiciele Diakonii Liturgicznej działającej przy naszej parafii, szukamy kontekstu biblijnego. Proszę wybaczyć, że z uporem wracamy do niedzielnej Liturgii Słowa. Czy mimo wszystko nie myśli Pani, że Ktoś przygotował plan dla Pani? Spośród wielu matek , które doświadczone zostały chorobą dziecka, wydaje się, że to Pani posiada wszelkie cechy , które oprócz determinacji są niezbędne , by stworzyć taką placówkę. Mam na myśli Pani osobowość, a nawet zawód.
Nie. Nie jestem Eliaszem. Nie czuję posłannictwa. Jeszcze w to nie wierzę. Będę szczera. Czasem nie jestem w stanie iść do kościoła, zwłaszcza kiedy wydarzy się coś złego, przykrego. Mówię: Nie, Boże… dzisiaj nie przyjdę. Kłócę się. Potem mi głupio. Przepraszam Go. Wszystkich świętych proszę o pomoc. No taka jestem…
Ma Pani niewątpliwie ogromną siłę. Szukamy pewnych analogii z historią Eliasza bo każdy z nas ma w życiu doświadczenie buntu i pewnych zwrotów. Na górze Synaj dokonuje się pewien zwrot. Eliasz idzie po śmierć, a Bóg jakby chciał mu powiedzieć „idź po życie, żyj. Pracuj dalej. Masz tu chleb, masz tu to, co jest potrzebne do życia” i Bóg karmi Eliasza, aby ten mógł czynić dobro. My na różny sposób dojrzewamy do tych słów. A Pani jest żywym świadectwem. Jest Pani człowiekiem, który wyszedł na górę, pożalił się Bogu. Bóg dał Pani to, co było potrzebne, a Pani to wzięła, poszła i zrobiła swoje. Po prostu.
Ale sama bym temu nie podołała. Bez rodziców, bez pracowników, bez wsparcia rodziny, bez bardzo wielu różnych ludzi nie zrobiłabym nic. Człowiek może sobie wymyślić jakąś ideę, postanowić coś zrobić, ale jeśli nie otoczy się ludźmi, nie doceni wartości ich pomocy, nic mu z tego nie wyjdzie.
Paul Blum ze Starostwa Monachijskiego nazwał Panią kiedyś „aniołem z Jerzmanowic”. Czy zgodzi się Pani z tym, że otworzyła Pani drzwi na świat wielu osobom, które były zamknięte w czterech ścianach z powodu swojej niepełnosprawności?
A, to nie ulega wątpliwości! Byłaby to fałszywa skromność, gdybym zaprzeczyła. Przecież moi podopieczni, żeby tu dotrzeć muszą wstać o określonej godzinie, zadbać o toaletę, odpowiednio się ubrać, wyjść z domu spotykając przy tym innych ludzi. Te wszystkie, wydawać by się mogło, zwyczajne czynności już stymulują ich do rozwoju. Oprócz tego zatrudniamy fachowców, panie terapeutki pracują z naszymi podopiecznymi zgodnie z zaleceniami i sztuką terapeutyczną.
Dla rodziców i rodzin w ogóle to też pewna ulga.
Oczywiście. Zdrowe dziecko jest w domu do 20-25 roku życia, a bywa, że krócej. Później żyje własnym życiem. Staje się samodzielne. Chore - zostaje na zawsze. Zwłaszcza matki są obciążone obowiązkiem opieki. To powoduje zmęczenie, frustrację, poczucie izolacji. Dla rodziców to z pewnością kilka godzin wytchnienia, kiedy mogą zająć się spokojnie innymi sprawami.
Domyślamy się, że rodzice entuzjastycznie przyjęli możliwość posłania swoich dzieci do Ogniska Terapeutycznego?
Nie od razu. Proszę pamiętać, że ich dzieci (często już metrykalnie dorosłe) to ludzie chorzy. Rodzice bali się czy na pewno będą mieli dobrą opiekę. Ludzie chorzy, a zwłaszcza obciążeni schorzeniami natury psychicznej mają swoje humory i mają prawo je mieć. Czasem mają lepsze, a czasem gorsze dni. Rodzice jak nikt inny o tym wiedzieli, doświadczali i doświadczają tego, na co dzień. Musiałam często i długo przekonywać, że to będzie dla nich dobre rozwiązanie.
I udało się przekonać…
Organizowałam pogadanki z rodzicami, prelekcje, na które zapraszałam odpowiednio dobranych prelegentów. Poruszaliśmy bardzo trudne tematy dotyczące miejsca osób niepełnosprawnych w rodzinie i w społeczeństwie. To są bardzo delikatne kwestie. Pojawienie się chorego dziecka w rodzinie to dla niej wielka trauma. Zwłaszcza kobiety mają często poczucie winy, że urodziły dziecko obciążone wadami. Często myślą, że to może ich wina, że zrobiły coś nie tak. Pomoc w tej sytuacji musi być udzielana bardzo umiejętnie. Działając w dobrej wierze, ale nieprzemyślanie można człowieka wtórnie zranić. Dlatego należy być wyrozumiałym nawet jeżeli widzimy, że zachowanie rodziców jest nieracjonalne i naszym zdaniem niewłaściwe. Raczej staramy się delikatnie, bez natarczywości wspierać te rodziny.
Wygląda na to, że musiała Pani w życiu dużo walczyć. Zarówno o siebie jak i o rodziców i ich chore dzieci.
Tak. Czasem trzeba było walczyć.
A czy to musiała być heroiczna walka?
Tak. Bo ja nie walczyłam z rodzicami. Do nich szybko dotarłam. Nigdy nie miałam problemów z mieszkańcami gminy. Zawsze chętnie odpowiadali na zgłaszane prośby. Walczyłam z urzędnikami, którym zabrakło dobrej woli, żeby pochylić się nad naszym problemem, spróbować zrozumieć i złożyć stosowny urzędowy podpis, aby nam pomóc. Ten budynek powinien stanąć już dawno, do 2005 – 2006 roku. Pieniądze były i w instytucjach państwowych i niepaństwowych. O czym my tu w ogóle rozmawiamy. Ja nie chcę już do znudzenia mówić, że jeżeli inicjatywa społeczna jest zgodna z Prawem Bożym i ludzkim, i są na nią środki, to obowiązkiem urzędnika jest przybić pieczęć. Nie daje przecież z własnej kieszeni, to są pieniądze podatników! Ludziom chorym, niepełnosprawnym, którzy sobie sami nie pomogą to się po prostu należy!
I wreszcie się udało…
Tak, udało się. Bardzo się cieszę, że ośrodek jest w centrum Jerzmanowic, w centrum gminy. Nasi podopieczni zasługują na to, żeby być w centrum.
Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy słucha ludzi rodzi się w nim pokora. I chyba wiele osób ma takie odczucia rozmawiając z Panią. Wielu z nas, chrześcijan ma dużo dobrej woli, chodzimy na Mszę Św., modlimy się, widzimy Chrystusa w drugim człowieku, ale często nie owocuje to konkretnym działaniem. Nic nie robimy.
Nie! Nie zgadzam się z ostatnim zdaniem. Każdy coś robi. Najważniejsze tylko, żebyśmy byli dla siebie życzliwi. Aby nie niszczyć nikogo podstępnie. Nie każdy ma możliwości zrealizowania szlachetnych planów. Ważne, żeby powiedzieć dobre słowo. Nie niszczyć.
W jaki sposób każdy z nas, zwykłych parafian, mieszkańców gminy może pomóc Stowarzyszeniu w realizowaniu jego zadań w służbie ludziom chorym?
Najbardziej chciałabym, aby więcej ludzi wiedziało, że taka placówka istnieje. Nigdy nie wiemy, komu i kiedy będzie potrzebna. Ludzie muszą wiedzieć, gdzie szukać wsparcia. Jeśli zaś idzie o pomoc ŚDS – OT to pomoc materialna – jak najbardziej. Jest konto, można wpłacać jakąkolwiek kwotę. Czasem organizujemy akcje, wydarzenia, wystawy. Można się włączyć. Jest możliwość również przyjść do nas i popracować z naszymi podopiecznymi. Tzw. wolontariat. To jednak wymaga trochę zachodu. Trzeba mieć pomysł, co się z nimi chce robić i predyspozycje, także osobowościowe. Trzeba spełnić kilka warunków, ale jeżeli ktoś czuje się na siłach i chciałby spróbować, to zapraszamy.
Brat Albert powiedział, że jeżeli nie możesz dać dużo, to daj mało.
…
Dziękujemy Pani za rozmowę. Życzymy wszelkich potrzebnych łask bożych do dalszej pracy. Zapewniamy również, o naszej życzliwości. Jesteśmy pełni podziwu!
Dziękuję. Proszę jednak pamiętać, że nie sama tego dokonałam. Gdyby nie ludzie którzy mnie wspierali, nic by nie powstało.
Rozmowę przeprowadzili oraz tekst opracowali: Marzena Mrozowska, Agata Sarota, Adam Szafraniec
Źródła ;