Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edukacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 stycznia 2024

Filozofia życia dla każdego według Bruce Lee!

          Sztuki walki dla większości ludzi kojarzą się z zadawaniem ciosów i robieniem wpierdolu tym kto na to zasługuję i do pewnego stopnia jest to prawda ,ale każda sztuka walki ma pewien głębszy sens , swoją filozofię ,Jest ona dostępna dla każdego kto chce ją poznać bez względu na stan zdrowia , płeć czy drogę którą podążamy , Znalazłam pewien tekst i film z Brucem Lee jednym z najsłynniejszych mistrzów sztuki walki , warto się z nią zapoznać a może ona wam pomoże w tym nowym roku, który raczej do łatwych należeć nie będzie ..



Kiedy Bruce Lee zaczął grać główne role w popularnycktórą praktycznie jest dla każdego kto chce ja poznać bez względu na to jakie ma się ciała , zdrowie h filmach, stał się sławny na całym świecie. Jednak ten utalentowany mistrz sztuk walki był kimś więcej niż hollywoodzkim przystojniakiem. Wychował się w Hongkongu i od najmłodszych lat pozostawał pod wpływem wschodniej szkoły myślenia, dlatego też zyskał uznanie jako filozof i pisarz. Zrobił doktorat z filozofii na Uniwersytecie w Waszyngtonie. Stąd, dzisiaj chcemy podzielić się z Wami 7 lekcjami, w których Bruce Lee przedstawił, czym jest adaptacja


Bruce Lee był ważną postacią, która rozbudziła zainteresowanie sztukami walki wśród ludzi na Zachodzie. Bruce Lee był bardzo charyzmatyczny i szybko stał się wzorem dla wielu osób. Każdy wywiad z nim był pełen magii i mądrości.

„Nie najsilniejszy gatunek przetrwa, ani najbardziej inteligentny, ale najlepiej reagujący na zmiany”.

Jedną z najmocniejszych rozmów z nim był jego ostatni wywiad, który ukazał się dopiero w 2007 roku. W tym wywiadzie Lee mówił o głębokim znaczeniu koncepcji adaptacji. Swoje poglądy streścił w cytacie, który później stał się bardzo znany: „Bądź wodą, przyjacielu”. Przeanalizujmy jego intrygującą perspektywę o tym, czym jest adaptacja, przedstawioną w  7 zasadach .


1. Bruce Lee o adaptacji – zmiana jest naturalna

Na Zachodzie uczymy się ustalać cele, osiągać je i utrzymywać sukces. Bardzo rzadko jesteśmy przygotowani na wielkie straty, jakie przynosi życie. Dlatego narzekamy, że nie ma już tego, co było kiedyś lub że kiedyś było lepiej.

Bruce Lee podkreślił znaczenie zrozumienia, że ​​nic nie pozostaje takie samo. Wszystko jest w ciągłym ruchu i transformacji. Opieranie się tej rzeczywistości powoduje tylko cierpienie. Zaakceptowanie, że wszystko się zmienia, jest podstawą adaptacji.

2. Rzeczywistość jest ważniejsza niż wierzenia

Koniec końców króluje rzeczywistość, a nie przekonania o rzeczywistości. Często zaskakuje nas coś, co się dzieje i uważamy, że nie powinno się wydarzyć to, co się stało. Zdradza to nasze przekonanie, że rzeczywistość powinna spełniać nasze oczekiwania, a nie na odwrót: że nasze zasady dotyczące świata powinny opierać się na rzeczywistości.

3. Zniszczenie i kreacja idą w parze

Rzeczywistość płynie wraz z własną mądrością. Kiedy coś się kończy lub zostaje niszczone, pojawiają się również początki czegoś nowego. Jeśli coś ulegnie destrukcji, oznacza to, że ​​czas się skończył, jego cykl się skończył. Ale ten proces nie powinien być postrzegany jako coś negatywnego.

Aby iść przed siebie, ludzie lub przedmioty muszą zniknąć, aby pojawiły się nowe. Zamiłowanie do pewnych nawyków lub sytuacji również musi ulegać modyfikacji. Ci, którzy to rozumieją są w stanie zajrzeć do gruzów przeszłości i zobaczyć nowe możliwości i szanse.

4. Nie jesteśmy sami w procesie transformacji

Wszyscy wpływamy i jesteśmy pod wpływem naszego otoczenia. Właśnie dlatego Bruce Lee powiedział, że każda indywidualna zmiana implikuje zbiorową zmianę i odwrotnie. Kiedy otoczenie ewoluuje, tak samo dzieje się z przebywającym w nim człowiekiem.

Indywidualna ewolucja jest wkładem w świat. Jednocześnie pomaganie innym w zmianie i ewolucji ułatwia rozwój osobisty. Nie można odseparować kogoś od grupy społecznej, do której należy.

Każda indywidualna zmiana implikuje zbiorową zmianę i odwrotnie. Kiedy otoczenie ewoluuje, tak samo dzieje się z człowiekiem.

5. Wszystko, co istnieje jest w ruchu

Obecność to synteza przeszłości i nasion przyszłości. Przeszłość, nasze wspomnienia i dotychczasowe zdarzenia objawiają się dziś w innej formie niż wtedy, kiedy pierwotnie nastąpiły. Dlatego przeszłość dokładnie taka, jaka się wydarzyła już nie istnieje. Istnieje raczej w taki sposób, w jaki dziś o niej myślimy.

Nie ma przyszłości, jeśli teraźniejszość nie jest całkowicie bezpieczna i jeśli nie pozwala na naturalny przepływ. Szansa, którą mamy tu i teraz służy zasianiu nasion, a nie określeniu przyszłości. To, co dopiero nadejdzie jest niepewne, dlatego ta obecna chwila jest jedyną rzeczą, która jest prawdziwa i warta uwagi.

6. Nie ma esencji ani ustalonej rzeczywistości

Na Zachodzie dużo mówi się o „esencji” rzeczy. Jest to część idei, że istnieją stałe elementy, które są niezmienne w czasie, co sprawia, że ​​czujemy się bezpiecznie. Dlatego mówimy o esencji ludzkości i społeczności oraz o innych koncepcjach, które zakładają, że rzeczywistość jest statyczna.

Inaczej jest w koncepcji, którą przedstawił Bruce Lee. Tożsamość człowieka może się całkowicie zmienić. Jeśli na przykład ktoś jest nieśmiały, nie oznacza to, że jest kimś takim, tylko że przechodzi przez pewien etap. W przyszłości może się zdarzyć coś zupełnie innego.

7. Niech rzeczy płyną, nie próbuj ich kontrolować

Próba kontrolowania własnej rzeczywistości lub innej osoby prowadzi do frustracji. Tak czy inaczej, wszystko jest tak, jak powinno być. Każdy jest taki, jaki powinien być, przynajmniej w danym momencie. Nikt nie ma absolutnej kontroli nad tym, co dzieje się w życiu. Jak mówił  Bruce Lee, powinniśmy być jak woda, która dostosowuje się i przybiera postać tego, co znajdzie po drodze.

Bruce Lee, dzieląc się swoimi lekcjami, wywarł duży wpływ na Zachód. Jego lekcje reprezentują sposób postrzegania rzeczywistości bardzo odmienny od dominującego w naszym społeczeństwie. W jego światopoglądzie nie ma potrzeby przejmowania władzy nas sobą ani nad innymi. Zamiast tego powinniśmy szanować dorozumianą logikę rzeczywistości, która zawsze różni się nieco od naszych oczekiwań.



https://pieknoumyslu.com/bruce-lee-o-adaptacji/

czwartek, 9 lutego 2023

Aleksander Krawczuk -Ambasador Antyku !

           Niedawno dożywszy 100 lat zmarł profesor.  Aleksander Krawczuk wybitny krakowski historyk i znawca oraz promotor starożytności. Fascynowała go starożytna Grecja i Rzym, ale cenił i promował także naszych rodzimych słowiańskich bogów. Co mnie nie dziwi, bowiem pogaństwo jest fascynujące bez względu na obszar jego panowania.Przedstawiam Wam jeden z jego ciekawych wywiadów.


Wojciech Jan Rudny: - Jak się Pan czuje widząc, że idee Renesansu, inaczej mówiąc odrodzenia antycznych wartości pogańskich (nie bójmy się tego słowa), które Pan głosił przez wiele lat, i nadal przecież głosi, wciąż żyją i mają także poza Panem swoich wiernych wyznawców w naszym kraju? Dodajmy, że obecnie pochwała antyku i pogańskiego stylu życia może zwiastować w Polsce kłopoty, bo przecież – to nawet wie każde dziecko – nie warto narażać się przedstawicielom dominującego w Polsce Kościoła katolickiego.

AK: - Proszę pana, ja jestem głosicielem radosnej nowiny: bogowie powrócili! I to da się ująć w czterech punktach: radość ciała; w tym igrzyska, sport. Po drugie: radość seksu za obopólną zgodą. Seks jest zasługą w oczach bogów nieśmiertelnych – nie grzechem. Po trzecie: radość poznawania, czyli prawdziwy kult nauki. Wreszcieśmy zerwali z tym poglądem, że prawda ostateczna została objawiona. My naszym słabiutkim umysłem, tą latareczką naszego rozumu, usiłujemy rozświetlić mroki, które nas otaczają. Na piętnaście wieków udało się chrześcijanom przerwać rozwój nauk. Bo jeśli jest prawda objawiona, to po co jej w ogóle szukać? Ale powoli, powoli od czasów Renesansu my wracamy do tego, że jedyne co mamy to nasz rozum. I odkrywamy wspaniałość wszechświata. I wreszcie po czwarte: radość demokracji. Została ona stworzona przez Greków i zaszczepiona w Rzymie, gdzie przez wiele wieków była republika, samorząd. Otóż dzisiaj też głosimy, że demokracja jest najlepszym z możliwych ustrojem i powinna panować wszędzie – również w Kościele. Przy czym z Kościołem będzie najtrudniej, bo Kościół jest antydemokratyczny; teokracja i feudalizm – to jest przeżytek Średniowiecza.

WJR- Czy zgodzi się Pan z tym, że po 1989 r. możemy mówić w Polsce o recydywie saskiej saskiej? Z roku na rok widzimy przecież, jak katolicyzm usiłuje zawłaszczyć wszystkie sfery życia naszego narodu: religia katolicka wróciła do świeckich szkół, katoliccy księża są w nich nauczycielami wynagradzanymi przez państwo. Święci się nie tylko sale zebrań rad miejskich, ale i baseny, a nawet pojazdy mechaniczne… Buduje się coraz więcej kościołów, kapliczek... Batalia o krzyże wydaje się nawet przegrana, pomimo że jesteśmy w Unii Europejskiej… A ostatnio prezydent Łodzi wydawałoby się, że poważny człowiek, niejaki Jerzy Kropiwnicki, zaproponował, żeby dzień legendarnych magów perskich, tzw. trzech króli, uczcić w Polsce pobożnym nieróbstwem. Pomimo że wprowadzenie kolejnego dnia wolnego od pracy spowoduje straty finansowe (szacowane na 5,7 mld zł) przedsiębiorstw i niestety dalsze redukcje etatów…

AK: - W naszym państwie są pewne siły i tendencje zmierzające do utworzenia państwa wyznaniowo-policyjnego. To jest oczywiste, to widać gołym okiem. Nawet Trybunał Konstytucyjny ulega tym naciskom. Idziemy w kierunku państwa wyznaniowo-policyjnego, ale może to potrwać jakiś czas, skazane jest jednak na niepowodzenie…

WJR:- Gdyby nie Unia Europejska pewnie byłoby jeszcze gorzej?

AK: - No właśnie, jest jednak Unia; jest ta erozja systemu dokonująca się niejako samorzutnie od wewnątrz.

WJR:- Panie Profesorze przyzna Pan, że w Polsce niezwykle trudna jest droga, jaką Pan przebył, tj. od chrześcijaństwa do kultu bogów, nauki, radości życia i rozumu, słowem - pogaństwa?

AK: - Jest bardzo trudną rzeczą oderwanie się od pewnych wręcz nawyków. Bo Kościół bardzo mądrze postępuje od najmłodszych lat wszczepia nam pewne nawyki, np. masz odmawiać taki paciorek, masz chodzić do kościoła, masz dać na tacę, masz się spowiadać – jeśli tego nie uczynisz, grozi ci... I teraz psychicznie sytuacja wewnętrzna ludzi jest taka, że jeśli zdarzy się coś dobrego, to zawdzięczam to łasce Boga. A jeśli zdarzy się coś złego, to skutkiem tego, że zaniedbałem pójść do kościoła, zaniedbałem się pomodlić…

WJR- Nie wydaje się Panu, że religia katolicka w Polsce jest właściwie tylko kwestią swoiście pojmowanej tradycji, konformizmu i zawsze brak było u nas jakiejś głębszej refleksji teologicznej?

AK: - Podobnie jak u schyłku starożytności udział w obrzędach był dowodem przynależności do pewnej tradycji, wspólnoty; religia była kwestią tradycji, udziału w obrządkach, pewnego konformizmu społecznego. Natomiast nikogo nie interesowały spory teologiczne. I proszę zwrócić uwagę, że w Polsce nikogo teologia nie interesuje. Próbował wzbudzić zainteresowanie kwestiami teologicznymi Leszek Kołakowski, publikując książki pod bardzo takimi zaskakującymi tytułami: Czy Szatan może być zbawiony?, Czy Bóg jest szczęśliwy? Tego typu książki. Ale to nie wywołało nawet żadnego echa…

WJR- Panie Profesorze znam i takich młodych ludzi, którzy nie wierzą w to, czego uczy Kościół, ale brali udział w bierzmowaniu ze względu na… prezenty.

AK: - Ja spotkałem chłopców, którzy pytali: a czy można by nie iść do komunii, a dostać prezenty?

WJR- Zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że nasza polska i katolicka religijność jest bardzo płytka?

AK: - Polska zawsze była krajem o płytkiej religijności w sensie teologicznym. Poważny stosunek do kwestii teologicznych mieli arianie, ale jak pan wie, zostali przegnani. Potem nastąpiła tylko religijność obrządkowa. Wie pan, jeśli chodzi o różnice między katolicyzmem a protestantyzmem można taki obraz pewien podać: w środkach komunikacji masowej to się właściwie nie zdarza, żeby młody człowiek ustąpił miejsca starszemu. A to byłby przecież dobry uczynek w sensie chrześcijańskim. Natomiast, jeśli np. przejeżdża pan tramwajem koło kościoła, to bardzo wielu zdejmuje czapkę, żegna się. I to jest różnica między religią uczynku, a religią obrzędową. To jest najistotniejsza różnica między katolicyzmem, a ewangelicznym chrześcijaństwem. Kwestia praktyki. Religię trzeba praktykować. W gruncie rzeczy praktykującym jest ten, kto wykona dobry uczynek. A obrzędowcami są ci, którzy ograniczają religię tylko do gestów.

WJR- Czyli w Polsce mamy jedynie obrzędowość?

AK: - Wyłącznie, od wieków…

WJR- Czy można zatem powiedzieć, że katolicyzm jest martwy jako pewien system etyczny, bo nie wpływa specjalnie na moralność swoich wyznawców?

AK: - Polacy jako naród bardzo katolicki zarazem należą do narodów o bardzo niskim poziomie społecznej moralności. Są niemoralni wręcz. Przez to, że kładzie się nacisk na obrzędowość. Za granicą, na Zachodzie Polak postrzegany jest jako pijak, złodziej… Ogólnie rzecz biorąc katolicyzm jest religią moralnie rozleniwiającą, a myślowo właściwie ogłupiającą. Bo co ma myślowo do zaoferowania?

WJR- Czy wierzy Pan, że jest możliwe stworzenie religii w nawiązaniu do ideałów antycznych bądź rekonstrukcja dawnych wierzeń.

AK: - Ona wróciła. Nie musimy jej nawet tworzyć.

WJR- Mnie np. odmówiono publikacji wywiadu na portalu Racjonalista.pl z przedstawicielami greckiej grupy wyznaniowej, odwołującej się do dawnych bogów Hellady, modlącej się do nich. Racjonaliści niemal pukali się po głowie, kiedy przesłałem im ten wywiad…

AK: - Modlenie się do bogów to jest kwestia pewnego gestu, to nie ma wielkiego znaczenia. To jest kwestia pewnego ukłonu w stronę tradycji. Bardzo sympatycznego i mającego swój sens. Bo widzi pan: politeizm sam w sobie jest wartością. Bardzo groźną rzeczą jest monoteizm. Sama idea monoteizmu: jedna tylko prawda i koniec.

Proszę zwrócić uwagę, że my - dzięki politeizmowi - w starożytności nie mieliśmy żadnych wojen religijnych.

WJR- Pojawiły się dopiero w momencie chrystianizacji Europy…

AK: - Chrześcijaństwo, powiedzmy sobie szczerze, to jest religia obca – bliskowschodnia, azjatycka. Mówi się, że wniosła wielkie wartości. Jakie wielkie wartości? Dekalog? To znaczy, że przedtem w Grecji, Rzymie można było mordować? To było tak samo karane, jak wszędzie. Pierwsze przykazanie mówi: nie będziesz miał innych bogów przede mną. To jest przykazanie dla ludu Izraela. To jest ich bóg. A inni bogowie mogą być sobie. Poza tym niech pan zwróci uwagę na przykazanie „nie zabijaj”. Wkraczamy do Ziemi Świętej i co robimy? Zdobywamy Jerycho i mordujemy wszystkich i wszystko, nawet zwierzęta. Tak przykazał Pan, który przed chwilą mówił: nie zabijaj. Ale obcych możesz zabijać. Niech Pan zwróci uwagę, że katolicyzm wyrzucił drugie przykazanie. To, które mówi: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach, pod ziemią!

WJR- Można powiedzieć, że jest to zwycięstwo pogaństwa, też w Kościele. Prawda?

- Tak. Kościół musiał ustąpić i od tego się zaczęło. Wzięto z pogaństwa to, co jest najbardziej powierzchowne - np. kult obrazów, posągów - a nie wzięto tego, co jest najsympatyczniejsze: otwartość, tolerancja...

WJR- Chyba cesarz Hadrian mówił, że chrześcijanie tak naprawdę to czczą tylko mamonę…

AK: - Tak, niestety do tego to wszystko się sprowadza. Historycznie patrząc, tak naprawdę zawsze zwyciężają arcykapłani. Kościół zorganizowany. Jaki był w Izraelu i jaki jest obecnie. Ludziom to imponuje. I szaty, i piękno, i dostojeństwo, obrzędy... Patrzę na chrześcijaństwo ogólnie jako na religię obcą naszemu duchowi europejskiemu, nie wnoszącą nic właściwie nowego.

WJR- Tylko w Polsce ciężko jest ludzi przekonać do takiego poglądu.

AK: - Nie da się przekonać, bo wpojono, że to jest nasza tożsamość. To jest nieszczęście pewne, to utożsamienie z Kościołem, który prowadził zawsze swoją politykę.

WJR- Czy do Pana przemawiają ideały socjalistyczne, czy niespecjalnie?

AK: - Wie pan, jak się patrzę na to, co się dzieje obecnie, to myślę, że jednak socjalizm miał swoje wartości. Proszę zwrócić uwagę, że w Polsce od 20 lat ludności ubywa. Dlaczego? Dlaczego w czasach PRL-u ludności przybywało? Dlatego, że było poczucie pewnej stabilności i pewnego bezpieczeństwa socjalnego. Była zapewniona praca, zapewniona opieka nad dziećmi: żłobek, przedszkole itd., zapewnione wczasy. To wszystko rzutowało na inne nastawienie. Im więcej będę miał dzieci, tym będzie lepiej. Krzywda mi się nie stanie. Żyło się ubogo, ale spokojnie i bezpiecznie. To wszystko nagle zostało przerwane. Polska obecnie należy – obok Słowacji – do krajów o żadnym wręcz przyroście demograficznym. Moi młodzi krewni, którzy pracują w Anglii mówią, że będą mieli dzieci, ale w Anglii. Tam jest opieka nad dziećmi, a tutaj była w czasach PRL-u. Nie ma jej obecnie.

WJR- Rola państwa ograniczyła się do poborcy podatkowego…

AK: - I do wysprzedawania ruin po PRL-u. Ale jak się to skończy, nie wiadomo. Jest olbrzymi dług wewnętrzny. To je groźne. Mówi się, że w Polsce była komuna. Ale tak naprawdę nigdy nie mieliśmy komunizmu. Polska była jedynym krajem w bloku, gdzie nie było kolektywizacji. Była jedynym takim krajem, gdzie Kościół był taką potęgą.

WJR- Początkowo religia była nawet w szkołach…

AK: - Potem to zniesiono, ale to było dobre. Jak się wychodziło ze szkoły, to religia była czymś z własnego wyboru. To miało swoją wartość. A teraz stała się jednym z przedmiotów nauczania. Nic więcej. Przedmiotem, którego można unikać; nie chodzić. Tak samo się nie uczyć, jak matematyki, historii.

WJR- Czy uważa Pan, że Kościół będzie w Polsce dążył do unicestwienia lub przynajmniej wyciszenia innych niż katolicki światopoglądów?

AK: - Kościół ma taką dewizę: Totus tuus, cały twój. Każdy człowiek, całe społeczeństwo powinno być oddane Bogu.

WJR- I zawsze wykorzystuje się postać Jezusa Chrystusa…;

- To jest myślenie totalistyczne. Kościół nigdy z tego nie zrezygnuje. Ale z drugiej strony dokonuje się coś tak wewnątrz ludzi, tak samoczynnie, od dołu. Wracamy do czasów, takich jak w czasach mojej młodości, przedwojennych. Być bardzo religijnym, to była sprawa ludzi starszych. Wśród ludzi młodych nie wypadało nawet być za bardzo religijnym.

WJR- A Pan nie miał nigdy pokusy wrócić do chrześcijaństwa?

- Ja się czuję pogańskim chrześcijaninem. Ja nie neguję tego, czego nauczał Chrystus. To jest piękne. Czego nauczał? Łagodnie mówiąc, był krytycznie nastawiony wobec arcykapłanów i ówczesnego kleru. Dalej ostro krytykował religijność na pokaz. Głosił, jeżeli się modlisz, zamknij się w komórce swojej. Ale dziś w polskim katolicyzmie nikt nie potrafi się tak modlić! Ojcze nasz i zdrowaśki, ale własnymi słowami, kto potrafi? Odwykliśmy od tego. Chrystus nie był, jak pan wie, przyjacielem bogaczy. Za to wszystko zapłacił. Został z poduszczenia ówczesnych arcykapłanów skazany na śmierć przez Rzymian. Rzymianie poszli na to, bo w ogóle nie rozumieli, o co chodzi w tych żydowskich sporach i konfliktach.

WJR- Ale Pan nie uczestniczy w praktykach religijnych?

- Proszę Pana, ja się uważam za człowieka głęboko religijnego. Obecnie prawdziwie religijni są ludzie zwani popularnie ateistami. Bo tylko ateista jest głęboko pokorny wobec zagadki, że w ogóle cokolwiek istnieje. On nie wyobraża sobie Boga na wzór i podobieństwo swoje, jako osobę. Ale rozumie ogrom tej zagadki. Przerażającej zagadki. To jest religijność. Człowiek prawdziwie religijny nie wie, co go czeka po śmierci, nawet się o tym nie myśli, chce żyć możliwie przyzwoicie. Ale jest pełen pokory wobec tej, jak powtarzam, zagadki, że w ogóle cokolwiek istnieje.

WJR- Pracuje Pan nad najnowszą książką, która ma się wkrótce ukazać nakładem wydawnictwa „Iskry”. Czy może Pan powiedzieć coś więcej na jej temat?

- „Z Odyseuszem w zaświatach” jest to książka właściwie w całości napisana. To jest książka trochę autobiograficzna poświęcona temu, co jest zawsze dla nas najważniejsze, zwłaszcza u schyłku życia. Jestem w tej chwili najstarszym historykiem w Krakowie. Proszę sobie wyobrazić, czego się doczekałem. Jestem jedynym z mojego pokolenia, już nawet właściwie nie mam do kogo zatelefonować…

- Ma Pan 88 lat, jest Pan w znakomitej formie, choć przeżył Pan aż dwie śmierci kliniczne. Jaka jest tajemnica Pańskiego zdrowia, tej wielkiej woli życia i długowieczności?

- Żyję sobie z łaski Bogów… Jest pięć takich czynników. Po pierwsze: dobre geny, na co nie mamy żadnego wpływu. Po drugie: postęp medycyny. Po trzecie: ciąg szczęśliwych przypadków. Po czwarte: to jest dobry klimat domowy, co zawdzięczam mojej żonie. Po piąte: pozytywny stosunek do życia. Z tych pięciu mamy wpływ całkowity tylko na ten ostatni.

- Bardzo dziękuję Panu Profesorowi za rozmowę i życzę dużo zdrowia oraz powodzenia w dalszej tak niestrudzonej pracy w głoszeniu radosnej nowiny.

http://pantheion.pl/Ermikles-Jestem-glosicielem-radosnej-nowiny?fbclid=IwAR3bHsklct0JkCHHwXDQDx7iFuvijcv-MRQjdG56rB8jsaxyd3r-xWlj2kc

poniedziałek, 21 listopada 2022

O Edukacji młodym okiem

            Polski system edukacji praktycznie powinien mnie interesować tyle ile zeszłoroczny śnieg i zazwyczaj niewiele mnie on interesuje. Jakiś jednak czas temu przeczytałam coś, co mnie totalnie zmroziło otóż wszystkich profesorów, którzy uczyli mnie i dzieli się swoją wiedzą na moim Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie szczególnie o wydział politologii mi chodzi usunęli i wyrzucili w wyniku reformy. Miałam plany, aby wybrać sobie nowy kierunek studiów na tej uczelni Kulturoznawstwo i wiedzę o Mediach, ale teraz widzę, że chyba nie ma, co się tam wybierać, chociaż program studiów mają ciekawy. Wszystko zmierza w tym kraju w złą stronę, Najwidoczniej nie tylko ja to widzę, bo i najmłodsze pokolenie uczące się w polskim systemie edukacji widzi te zmiany jeszcze gorzej. 

          Nie ukrywam, że przykro mi, ze będąc od 2004 roku w Unii Europejskiej nie wykorzystaliśmy szansy ogromnego przeskoku kulturowego, prawnego, mentalnego, jaką nam dała Unia Europejska a wystarczyło tylko wszystko skopiować z państw zachodnich. Od programów edukacyjnych po system prawny to chyba nie takie trudne? No cóż, jeśli czegoś nie było to już nie będzie, ale porozmawiać na ten temat można, choć nic to nie zmieni

        Wklejam Wam wywiad z Anną Maziarską maturzystką z 2021 roku i aktywistką społeczną. Nie ze wszystkimi jej słowami bym się zgodziła, ale wywiad warty jest przeczytania.   

                                                                       

Chcą nam poprzestawiać mózgi, a my chcemy żyć normalnie [MATURZYSTKA O LEX CZARNEK]

Rząd się zorientował, że przejęcie sądów i mediów nie zatrzyma buntu, więc trzeba zmienić mindset, nastawienie, poprzestawiać ludziom mózgi i to najwcześniej jak się da - mówi nam o "lex Czarnek" aktywistka, feministka, maturzystka 2021 Anna Maziarska

Piotr Pacewicz, OKO.press: Podczas protestu organizacji społecznych, samorządów, związkowców, nauczycielek, przeciwko "lex Czarnek" pod siedzibą rządu 21 czerwca 2021 zabrałaś głos m.in. po prezydencie Trzaskowskim, prezesie ZNP Broniarzu, Krystynie Starczewskiej, która jest legendą - współtwórczynią polskiej edukacji niepublicznej. Możesz zacytować swoją wypowiedź?

Anna Maziarska*: My, uczennice i uczniowie, nie zgadzamy się, by decydowano o nas bez nas. Nie zgadzamy się aby o nas, o naszej przyszłości, edukacji i kompetencjach decydowała grupa ludzi uważająca, że może budować państwo tylko dla siebie. Chcemy żyć normalnie jak nasze rówieśniczki i rówieśnicy w Europie. Polska jest także naszym krajem. Krajem ludzi młodych. Naszą przyszłością. Chcemy, żeby i nam się w niej dobrze żyło, więc protestujemy przeciwko zamachowi na polskie szkoły. Będziemy protestować również dzisiaj o 18 pod MEiN"

Czemu ty?

Od listopada 2020 jestem członkinią Rady Konsultacyjnej ds. Edukacji w Ogólnopolskim Strajku Kobiet.

Co to znaczy "żyć normalnie"?

Normalnie, czyli mając prawo do własnych wartości i poglądów, do szacunku. Żyć godnie w kraju bez przemocy, bez wykluczania i uciszania. Żyć w kraju, w którym chce się żyć z wyboru.

Jesteś z rocznika 2002, tuż po maturze.

Wyniki będą 5 lipca, będę wtedy na wolontariacie w Afryce. Kończyłam liceum nr 64 im. Witkacego w Warszawie. Byłam przedostatnim rocznikiem, który jeszcze się uczył w gimnazjum.

Padłaś ofiarą deformy edukacji Anny Zalewskiej.

Ale moje liceum było dosyć liberalne, tzw. szkoła eksperymentalna. Lekcje trwały godzinę, a nie 45 minut, mieliśmy swoje klasy, więc nie chodziliśmy jak te wędrujące mrówki. To nauczyciele do nas przychodzili, można było się zadomowić, przemalować ściany. Nauczycielki i nauczyciele wspierali nasze zaangażowanie, pasje naukowe i aktywistyczne, wręcz zachęcali do udziału w demonstracjach, np. w obronie klimatu. My z kolei wspieraliśmy strajk nauczycielski w kwietniu 2018. Koleżanka wymyśliła akcję malowania na chodnikach napisu "Murem za nauczycielami", m.in. pod gmachem MEN.

Ktoś do was wyszedł? Tłumaczył młodzieży, że jest w błędzie?

Jakiś pan z wiaderkiem i szmatą starannie zmywał napis. Taka forma dialogu.

Z naszymi nauczycielkami spotykaliśmy się zresztą czasem na demonstracjach, jak mieli akurat okienko. Wspierali nasze przygotowania do olimpiad; jeśli np. ktoś jest ścisłowcem i szedł na olimpiadę chemiczną, dawali luz na innych przedmiotach, dobrze reagowali na okazywanie solidarności z osobami LGBT. Jak władze zrobiły zadymę wokół tęczowych piątków, to zrobiliśmy "kolorową przedsobotę", była kawiarenka, upiekłyśmy ciastka, nauczyciele i nauczycielki też kupowali. Wymyśliła to osoba uczniowska...

???

Tak mówię, bo jest osobą niebinarną.

Jeszcze to! To liceum jest jak koszmar senny Kaczyńskiego, Czarnka, całej narodowej formacji prawicy. Wojska Ochrony Terytorialnej powinny natychmiast przystąpić do okupacji. Idealna szkoła według Anny Maziarskiej?

Były też minusy. Każde z nas wybierało dwa rozszerzenia, czasem ciekawe zestawienia: polski i chemię wybrała koleżanka, która idzie na konserwację sztuki na ASP. Od drugiej klasy rozbiegaliśmy się po blokach zajęć, razem mieliśmy tylko polski i godzinę wychowawczą, trochę za mało było kontaktów. Bardziej skupiałam się na własnych projektach i lataniu na demonstracje, nie pielęgnowałam tych relacji. Obudziłam się z ręką w nocniku.

Samotność aktywistki?

Szkoła jako miejsce życia jest bardziej potrzebna niż myślałam, czas pandemii pokazał, jak bardzo. Dużo osób miało załamania załamania psychiczne, wiadomo, że wzrosła liczba problemów psychicznych, prób samobójczych, samookaleczeń - w całej Polsce.

Uczyć się, jak się okazuje, można samemu: w sieci są e-podręczniki, masa kursów on line, ale szkoła powinna dawać oparcie, uczyć życia z innymi. Nasze nauczyciele i nauczycielki zachęcali nas zresztą do tego, organizowali zimową szkołę - mamy taką formułę zamiast zielonej szkoły - zachęcali do pracy w zespołach, do łamania schematów, poczynając od ławek: można je ustawiać dowolnie, nawet w takiego “ślimaka”, byle każdy się dobrze czuł.

Oczywiście wiem, że żyłam w bańce szkoły warszawskiej, liberalnej, żoliborskiej. Że nastawienie naszej szkoły na społeczne kontakty, pasje naukowe i obywatelski aktywizm to rzecz wyjątkowa, bo większość szkół mniej lub bardziej skutecznie niszczy ten najważniejszy w życiu człowieka czas rozwoju społecznego i intelektualnego. Sprowadzają obecność w szkole do nauki zgodnej z podstawą programową, wkładając uczennicom i uczniom do głowy, że są w szkole po to, by walczyć o oceny.

Paradoksalnie, uczymy się po to, by nauczyciel był z nas zadowolony i wystawił dobry stopień.

Jako uczestniczka IV edycji programu "Jestem liderką" organizowanego przez polski oddział Vital Voices (globalnej organizacji wspierającej kobiety założonej w 1997 roku przez Hillary Clinton i Madeleine Albright - red.) uczestniczyłam w czerwcu 2021 roku w spotkaniu z wiceambasadorką Izraela. Mówiła, że u nich od pierwszej klasy dzieci są zachęcane do zadawania pytania, bo inaczej - jak to nazwała - nie da się naprawić świata. Nie da się nic zmienić bez próby zrozumienia obecnej sytuacji i zapytania, co można zmienić, co się nie zgadza.

W polskiej szkole zadawanie pytań jest traktowane jako słabość, dzieci są wręcz karcone, poniżane, że czegoś nie wiedzą.

Wiele osób się zniechęca, nie ma śmiałości. Zniszczona zostaje ogromna naturalna chęć poznawania, posiadania wiedzy. Dzieci uwielbiają zadawać pytania, każdy rodzic to wie.

Oj tak.

Karcenie za ciekawość to przejaw pruskiego modelu edukacji, jaki u nas dominuje.

Porządek, dyscyplina, ławki i umysły ustawione w rządek.

A skąd się wziął twój aktywizm?

Rodzinne wychowanie przez mamę, która jest Białorusinką i tatę, dziennikarza Wyborczej. Chodziłam z nimi na wybory, chodziłam na demonstracje. Nauczyłam się widzieć, że wszystko jest polityczne, jeździłam trochę po Europie, w Berlinie byłam miesiąc podczas międzynarodowego programu teatralnego “30.past.89” opowiadającego o zmianach w Polsce, Rosji i Niemczech w latach 80. i później. To uczy dystansu, spojrzenia z innej perspektywy.

Dorastałam za rządów PiS, ale nie zostałam przez nie ukształtowana. Dużo czytam, ostatnio głównie lektury feministyczne, książkę Michelle Obamy i Rebekki Solnit, feministycznej dziennikarki i eseistki z USA, oglądam dokumenty filmowe. Jak miałam 16 lat, postanowiłam sobie codziennie oglądać Fakty TVN i czytać Wyborczą - najpierw się zmuszałam, ale teraz już chcę być na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie, przekładam to sobie na polskie realia. Jak były protesty po zabójstwie George'a Floyda, zadałam sobie pytanie, jakie mniejszości są w Polsce represjonowane.

A fakt, że mama jest Białorusinką?

Kiedyś to była taka ciekawostka, teraz nabrało ogromnego znaczenia. Zaczęło się od wyborów w sierpniu 2020, głosowałam oczywiście na Swiatłanę Cichanouską.

W ambasadzie.

Nie, w Mińsku, akurat odwiedzałam babcię.

Znalazłam się w środku tego kotła, nagrywałam demonstracje, na Instagramie puszczałam filmy i relacje jak policja strzela do ludzi. To była inna niż polska lekcja polityki, bardzo mocna.

Białoruś miała swoje pięć minut, teraz świat zapomniał o niej - to straszne, jak szybko przemija uwaga mediów. Gdy były pożary w Australii, to przez chwilę cały świat o tym mówił, a potem nikt. Staram się śledzić dalej, co z tymi pożarami i oczywiście, co z Białorusią. Analizuję, dlaczego białoruska oficjalna flaga wygląda tak a nie inaczej, dlaczego z babcią rozmawiamy po rosyjsku. Kiedyś mówiłam, że jestem pół-Białorusinką, teraz przedstawiam się jako i Polka, i Białorusinka. Zresztą nie czuję potrzeby mieszkania w żadnym konkretnym kraju, nie wiem, gdzie spędzę życie.

Jak się to wszystko ma do nowelizacji prawa oświatowego, jaką zapowiada rząd Morawieckiego? Ministr Czarnek poprzez kuratorów ma zyskać kontrolę nad odwoływaniem i powoływaniem dyrekcji szkół, chce wprowadzić cenzurę obecności w szkole organizacji społecznych, nad dyrektorkami wiszą trzy lata więzienia za niedopełnienie obowiązków, które zdefiniuje kurator. Może on także wystąpić o skreślenie z listy szkoły społecznej...

Ktoś powiedział, że jeszcze będziemy tęsknić za panią Zalewską.

I faktycznie - Czarnek jest przerażający.

Minister edukacji, który próbuje odebrać wolność i autonomię szkołom, jest seksistą i homofobem.

Ta nowelizacja jest próbą wprowadzenia skrajnej kontroli szkół przez rząd. Byłam niedawno w Ambasadzie Węgier i zapytałam panią ambasadorkę o to, dlaczego jej zdaniem Polska idzie za Węgrami w ograniczaniu demokracji, sądów, mediów, odbieraniu praw osobom LGBT. Uprzejmie zaprzeczyła, że nie widzi niczego takiego, o czym mówię i podkreśliła, że przecież na Węgrzech zalegalizowano związki partnerskie.

Co akurat jest prawdą. A zarazem uchwalono zakaz "propagandy homoseksualnej", podobny do rosyjskiego.

I w Polsce, i na Węgrzech wprowadzane są rządy autokratyczne. Zaczęło się od sądów, potem była nagonka na nauczycieli, edukację seksualną, zakaz aborcji, atak na LGBT, wszystko, co się wiąże z seksualnością.

Rząd się zorientował, że przejęcie sądów i mediów nie zatrzyma buntu, więc trzeba zmienić mindset, nastawienie, poprzestawiać ludziom mózgi i to najwcześniej się da.

Stąd uderzenie w szkoły, jak w "Nowym wspaniałym świecie", gdzie dzieciom podczas snu puszczano nagranie, jak wspaniały jest świat, chłonęły to jak gąbka.

Uderzenie w szkoły idzie przez kontrolę dyrekcji. Jaki jest dyrektor twojej szkoły?

Dyrektorka. Czułam się z nią zawsze bezpiecznie, w każdym momencie można było na niej polegać. Jak były na nasze liceum nagonki mediów czy kuratorium, to broniła szkoły, umiała wojować, bronić wyjątkowości naszej szkoły.

Autorytet zdobywa się stając za swoimi uczniami i pracowniczkami. Poza tym pani dyrektorka popierała samodzielne myślenie, stawiała na rozwój każdego i każdej z nas.

Czy szkoły są w stanie się obronić przed zamachem na autonomię?

Mam cichą nadzieję, że możemy się przeciwstawić, bo te zmiany są tak beznadziejnie niemądre, uderzają w prawa uczniów, nauczycielek, rodziców, bunt może przyjść także w mniejszych miejscowościach i w wiejskich szkołach, gdzie samorządy dbają o swoje szkoły. Jeśliby wszyscy się zmobilizowali, to udałoby się to wszystko odrzucić. Zresztą jakaś posłanka PiS już mówiła, że to tylko projekty... Ale musieliby się jeszcze bardziej przestraszyć, że będzie duży protest.

*Anna Maziarska (rocznik 2002) - maturzystka 2021 w LO nr 64 im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie, wiceprzewodnicząca i przewodnicząca Samorządu Szkolnego, uczestniczka programu Warszawska Akademia Młodych Liderów 5.0 w Szkole Liderów i czwartej edycji programu "Jestem liderką" w Vital Voices Chapter Poland, od stycznia do maja 2021 pracowała w Warszawskim Centrum Wielokulturowym ucząc dzieci białoruskich migrantów i migrantek języka polskiego, w czerwcu 2021 wolontariuszka w warszawskim Punkcie Szczepień, w lipcu 2021 wyjeżdża do Kenii jako wolontariuszka kenijskiej fundacji KVDA. Feministka, aktywistka, członkini Rady Konsultacyjnej ds. Edukacji w Ogólnopolskim Strajku Kobiet.


https://oko.press/chca-nam-poprzestawiac-mozgi-a-my-chcemy-zyc-normalnie

 

poniedziałek, 1 listopada 2021

Pożegnanie Marii Cieślik z domu Wypart


„coraz to z ciebie, jako z drzazgi smolnej,

Wokoło lecą szmaty zapalone;

Gorejąc nie wiesz, czy stawasz się wolny,

Czy to, co twoje,ma być zatracone?

Czy popiół tylko zostanie i zamęt,

Co idzie w przepaść z burzą?-Czy zostanie

Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,

Wiekuistego zwycięstwa zaranie...

                        Norwid: za kulisami

              22 października pożegnałam Ciocie - siostrę mojej Mamy, która zmarła po ciężkiej chorobie.

       Ciocia przez ostatnie lata zajmowała się osobami niepełnosprawnymi i potrzebującymi pomocy. Była założycielką i kierowniczką Środowiskowego Domu Samopomocy Ognisko Terapeutyczne dla osób Niepełnosprawnych w Jerzmanowicach, a także udzielała się, jako radna gminy w miejscowości, w której mieszkała. 

          Próbowała zmieniać świat, chociaż ten lokalny i udało się jej zmienić postrzeganie osób niepełnosprawnych.  Wklejam wywiad z Ciocią.

 


  Wykłócam się z Bogiem

Budynek z zewnątrz nie wygląda imponująco. Dowiemy się jednak za chwilę, że wkrótce jego stan ulegnie poprawie, gdyż zyska ocieplenie i zewnętrzny tynk. Panią Marię Cieślik z domu Wypart, prezesa Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Osób Niepełnosprawnych prowadzącą Środowiskowy Dom Samopomocy – Ognisko Terapeutyczne (w skrócie ŚDS-OT) w Jerzmanowicach, zastajemy w jej gabinecie. Po chwili z nieskrywaną dumą oprowadza nas po wnętrzu dopiero co oddanego do użytku budynku – nowej siedziby ŚDS - OT.  Pani Maria ma prawo do dumy - o godne miejsce dla swoich podopiecznych walczyła latami. Na korytarzach i w pomieszczeniach spotykamy ludzi, którzy tutaj spędzają znaczną część swojego życia. Widać, że w tych ścianach, już nasiąkniętych miłością, pośród przemykających aniołów - swoich opiekunów, czują się bezpiecznie. 

Co było dla Pani  inspiracją do pracy z niepełnosprawnymi?

Nigdy nie planowałam tego robić.  Chciałam spokojnie żyć, pracować w szkole - znając siebie - na pewno z aspiracjami dyrektorskimi. Wybór zawodu nauczyciela był przeze mnie przemyślany. Byłam zastępcą dyrektora w szkole liczącej 1600 uczniów i bardzo lubiłam to zajęcie. Kiedy syn zachorował postanowiłam zrezygnować z pracy.  Mogłam już odejść na wcześniejszą emeryturę z tytułu opieki nad osobą niepełnosprawną. I skorzystałam z tej sposobności. Nawiasem mówiąc, dzisiaj rodzice nie mają już takiej możliwości.  

Rzuciła Pani wszystko tak z dnia na dzień?

Tak! Prawie z dnia na dzień. Teraz, z perspektywy czasu myślę, że to był błąd. W tamtym czasie jednak widziałam tylko takie wyjście.  Może gdyby był przy mnie jakiś dobry psycholog… może by mnie powstrzymał.  Wprawdzie miałam wsparcie mojej rodziny,  jednak wiadomość o chorobie syna i wszystkie wydarzenia z tym związane, było jak „pęknięcie życiowego filmu”. Wydawało mi się, że sobie z tym nie poradzę. Piotrek był najważniejszy. Wierzyłam, że zdołam mu pomóc odzyskać zdrowie, więc zrezygnowałam ze wszystkiego … To był najbardziej stresujący okres mojego życia. Wraz z mężem postanowiliśmy Kraków zamienić na Jerzmanowice. Zamieszkaliśmy tutaj w domu zbudowanym w latach 80-tych.

Jak Pani, taka energiczna kobieta, nauczycielka, dyrektorka, osoba lubiąca przebywać wśród ludzi, poradziła sobie z nudniejszą rzeczywistością, brakiem zaplecza rehabilitacyjnego?

Bardzo doskwierała mi myśl o samotności mojego Syna.  On sam zaczął mówić, że jest mu nudno, bo nie ma żadnych kolegów.  Rozumieją Państwo. Z osobami niepełnosprawnymi nie ma prawdziwego partnerstwa. My tzw. zdrowi, normalni, nie potrafimy z nimi rozmawiać. Zwykle to są jakieś dziecinne pytania typu: czy jesteś głodny… no i co słychać?  Nie pomagamy im w ten sposób pokonywać barier, integrować się.  Dlaczego, idąc do nawet małomównego znajomego, możemy gadać przez godzinę o pogodzie, czy o jakichś tam głupstwach, a w stosunku do osoby, która trochę inaczej wygląda czy mniej sprawnie myśli już nie potrafimy się na to zdobyć? A oni pragną takich opowieści. Nie rozmawiamy przy nich tak o wszystkim. O polityce, o modzie. Dlaczego z nimi zwyczajnie nie plotkujemy, jak z sąsiadką zza płotu?  Rzadko się zdarza, żeby osoby niepełnosprawne miały kogoś bliskiego spoza rodziny, kto znajdzie dla nich chwilę czasu, zagra w karty, obejrzy mecz, opowie  ciekawą historię. Takie sytuacje  zdarzają się niezwykle rzadko.  Odważę się powiedzieć, że nie ma integracji i nigdy jej nie będzie. Osoba z problemami natury psychicznej, a nierzadko psychiatrycznej, skazana jest na brak  towarzystwa. I tak, pewnego wieczoru pomyślałam sobie, że gdybym zorganizowała coś na wzór świetlicy lub dziennego ośrodka wsparcia dla niepełnosprawnych, to mój Syn również mógłby z niej korzystać. Miałby towarzystwo.

W  latach dziewięćdziesiątych  na wsiach nikt  nie słyszał o tego typu placówkach.

Tak. Jeszcze nie było takich domów. I to był wielki problem, bo nikt nie wiedział jak mi pomóc. Skąd wziąć pieniądze i w ogóle jak się do tego zabrać. Odwiedzałam ośrodki, świetlice przykościelne, przeszłam przez chyba wszystkie pokoje w Urzędzie Wojewódzkim. Też nie wiedzieli. Na wsiach tego jeszcze nie było. Ale w roku 2002 to właśnie Urząd Wojewódzki pomógł mi najbardziej.

A co z innymi rodzicami w naszej okolicy, którzy borykali się z niepełnosprawnością swoich dzieci?

Zrobiłam zebranie z rodzicami. Napisałam osobiste listy do wszystkich, których zidentyfikowałam dzięki  GOPS-owi i pielęgniarkom środowiskowym. Na pierwsze spotkanie przyszły trzy osoby. Na kolejne… może cztery.  To był 1999 rok. 

Ale  Pani się nie poddała...

Rodzicom pomysł się podobał, ale wtedy jeszcze miałam wrażenie, że nie do końca mnie rozumieją. Z czasem, na kolejne spotkania przychodziło coraz więcej osób i w końcu powołaliśmy stowarzyszenie. Było nas dwadzieścioro. Musieliśmy opracować statut, dopełnić różnych formalności (tymi urzędowymi sama się zajęłam). No i zacząć pracę z naszymi dziećmi (często już metrykalnie dorosłymi), żeby mieli opiekę, rozwijali się w miarę ich możliwości, aby czuli wsparcie. Opracowałam plan pracy, dnia, zajęć dla osób niepełnosprawnych i wymyśliłam nazwę: „Ognisko Terapeutyczne”

W ostatnim czasie, w niedzielę była Liturgia Słowa poświęcona prorokowi Eliaszowi. Prorok w obliczu trudności zniechęca się, prosi Boga o śmierć – wycofuje się. Bóg jednak posyła do niego anioła, zachęca, aby się posilił przyniesionym podpłomykiem i każe mu iść. Czy widzi Pani analogie między historią Eliasza, a tym co działo się w Pani życiu?

Chyba nie... Ja jestem zbyt zbuntowana… Ja często kłócę się z Bogiem.  Nie jestem głębokiej wiary i to mnie przeraża. Chociaż czasem myślę, że wręcz przeciwnie, bo przepraszam Boga za ten brak wiary… za kłótnie…

Wielu Świętych i Doktorów Kościoła „wykłócało” się z Bogiem.  Bóg w ewangelii św. Mateusza mówi nam, że ludzie gwałtowni zdobywają je chodzi o  Królestwo Niebieskie[1].

Czytałam książkę o proroku Eliaszu. Znam jego historię, ale nie… nie identyfikuję się z nim. Mam swoją drogę. Podtrzymuję raczej to, co powiedziałam na otwarciu nowego budynku dla ŚDS–OT. Bóg nie rozdał dóbr tego świata ani zdrowia po równo.

Czyli żali się Pani Bogu?

Tak, żalę się. Ale myślę, że zrobił to dlatego, żebyśmy stawali się wrażliwi i mogli sobie nawzajem pomagać… ale czy to aż tak jest, nie wiem. Często zdarza mi się płakać, złościć.

Szczególnie za jedną moją cechę chciałabym dziękować Bogu. Nie ma we mnie zazdrości. Patrząc na ludzi zachwycam się nimi. Stawiam na młodych. Spójrzcie jak młodzi ludzie pracują z niepełnosprawnymi.  Jestem ciekawa ich pomysłów, podoba mi się, kiedy wymyślą coś nowego.

Myśli Pani czasem o przemijaniu?

No cóż… przemijamy. Ale cóż to jest starość? Ma też dobre strony.  Jeśli wiem w jakim miejscu jestem to jest dobrze, jeszcze coś mogę zrobić. Nie dręczą mnie myśli o upływającym czasie. Nie lubię komplementów. Mężczyźni nie mówią sobie „świetnie wyglądasz”. Mówią, o samochodach,  o życiu i innych sprawach. Wyglądam jak wyglądam i niczego nie będę poprawiać. Akceptuję siebie. Chociaż myśląc o śmierci boję się, czy zdążę wszystko ustawić. Wiecie państwo, to takie wzruszające, kiedy czasem w domu pytam, kto się mną zaopiekuje, kiedy będę już stara i zniedołężnieję, a mój syn odpowiada: „ No jak to kto, oczywiście że ja mamo.”

Wzruszające…

No i sprawa naszego ŚDS – OT prowadzonego w ramach statutowej działalności przez Stowarzyszenie.   Życzyłabym sobie, żeby mój następca energicznie rozwijał to dzieło. Żeby też godnie zarabiał, a społeczność miała z jego pracy korzyści. Jednak jeszcze przez chwilę chciałabym się nacieszyć nowym budynkiem, o który tyle lat walczyłam. Długo czekałam na siedzibę z prawdziwego zdarzenia więc dałam sobie jeszcze trochę czasu, a potem… no cóż. Wiadomo, przemijamy a musi być jakaś kontynuacja.

Czy to prawda, że za swoją pracę, Pani Maria Cieślik nie pobiera pensji?

Tak, to prawda.

Jako przedstawiciele Diakonii Liturgicznej działającej przy naszej parafii, szukamy kontekstu biblijnego.  Proszę wybaczyć, że z uporem wracamy do niedzielnej Liturgii Słowa. Czy mimo wszystko nie myśli Pani, że Ktoś przygotował plan dla Pani? Spośród wielu matek , które doświadczone zostały chorobą dziecka, wydaje się, że to Pani posiada wszelkie cechy , które oprócz determinacji są niezbędne , by stworzyć taką placówkę. Mam na myśli Pani osobowość, a nawet zawód.

Nie. Nie jestem Eliaszem.  Nie czuję posłannictwa. Jeszcze w to nie wierzę. Będę szczera. Czasem nie jestem w stanie iść do kościoła, zwłaszcza kiedy wydarzy się coś złego, przykrego. Mówię: Nie, Boże… dzisiaj nie przyjdę. Kłócę się. Potem mi głupio. Przepraszam Go. Wszystkich świętych proszę o pomoc. No taka jestem…

Ma Pani niewątpliwie ogromną siłę. Szukamy pewnych analogii z historią Eliasza bo każdy z nas ma w życiu doświadczenie buntu i pewnych zwrotów. Na górze Synaj dokonuje się pewien zwrot. Eliasz idzie po śmierć, a Bóg jakby chciał mu powiedzieć „idź po życie, żyj. Pracuj dalej. Masz tu chleb, masz tu to, co jest potrzebne do życia” i Bóg karmi Eliasza, aby ten mógł czynić dobro.  My na różny sposób dojrzewamy do tych słów. A Pani jest żywym świadectwem. Jest Pani człowiekiem, który wyszedł na górę, pożalił się Bogu. Bóg dał Pani to, co było potrzebne, a Pani to wzięła, poszła i zrobiła swoje. Po prostu.

Ale sama bym temu nie podołała. Bez rodziców, bez pracowników, bez wsparcia rodziny, bez bardzo wielu różnych ludzi nie zrobiłabym nic. Człowiek może sobie wymyślić jakąś ideę, postanowić coś zrobić, ale jeśli nie otoczy się ludźmi, nie doceni wartości ich pomocy, nic mu z tego nie wyjdzie.

Paul Blum ze Starostwa Monachijskiego nazwał Panią kiedyś „aniołem z Jerzmanowic”.  Czy zgodzi się Pani z tym, że otworzyła Pani drzwi na świat wielu osobom, które były zamknięte w czterech ścianach z powodu swojej niepełnosprawności?

A, to nie ulega wątpliwości! Byłaby to fałszywa skromność, gdybym zaprzeczyła. Przecież moi podopieczni, żeby tu dotrzeć muszą wstać o określonej godzinie, zadbać o toaletę, odpowiednio się ubrać, wyjść z domu spotykając przy tym innych ludzi. Te wszystkie, wydawać by się mogło, zwyczajne czynności już stymulują ich do rozwoju. Oprócz tego zatrudniamy fachowców, panie terapeutki pracują z naszymi podopiecznymi zgodnie z zaleceniami i sztuką terapeutyczną.

Dla rodziców i rodzin w ogóle to też pewna ulga.

Oczywiście. Zdrowe dziecko jest w domu do 20-25 roku życia, a bywa, że krócej. Później żyje własnym życiem. Staje się samodzielne. Chore - zostaje na zawsze. Zwłaszcza matki są obciążone obowiązkiem opieki. To powoduje zmęczenie, frustrację, poczucie izolacji. Dla rodziców to z pewnością kilka godzin wytchnienia, kiedy mogą zająć się spokojnie innymi sprawami.

Domyślamy się, że rodzice entuzjastycznie przyjęli możliwość posłania  swoich  dzieci do Ogniska Terapeutycznego?

Nie od razu. Proszę pamiętać, że ich dzieci (często już metrykalnie dorosłe) to ludzie chorzy. Rodzice bali się czy na pewno będą mieli dobrą opiekę. Ludzie chorzy, a zwłaszcza obciążeni schorzeniami natury psychicznej mają swoje humory i mają prawo je mieć. Czasem mają lepsze, a czasem gorsze dni. Rodzice jak nikt inny o tym wiedzieli, doświadczali i doświadczają tego, na co dzień. Musiałam często i długo przekonywać, że to będzie dla nich dobre rozwiązanie.

I udało się przekonać…

Organizowałam pogadanki z rodzicami, prelekcje, na które zapraszałam odpowiednio dobranych prelegentów. Poruszaliśmy bardzo trudne tematy dotyczące miejsca osób niepełnosprawnych w rodzinie i w społeczeństwie. To są bardzo delikatne kwestie. Pojawienie się chorego dziecka w rodzinie to dla niej wielka trauma. Zwłaszcza kobiety mają często poczucie winy, że urodziły dziecko obciążone wadami. Często myślą, że to może ich wina, że zrobiły coś nie tak. Pomoc w tej sytuacji musi być udzielana bardzo umiejętnie. Działając w dobrej wierze, ale nieprzemyślanie można  człowieka wtórnie zranić. Dlatego należy być wyrozumiałym nawet jeżeli widzimy, że zachowanie rodziców jest nieracjonalne i naszym zdaniem niewłaściwe. Raczej staramy się delikatnie, bez natarczywości wspierać te rodziny.

Wygląda na to, że musiała Pani w życiu dużo walczyć. Zarówno o siebie jak i o rodziców i ich chore dzieci.

Tak. Czasem trzeba było walczyć.

A czy to musiała być heroiczna walka?

Tak. Bo ja nie walczyłam z rodzicami. Do nich szybko dotarłam. Nigdy nie miałam problemów z mieszkańcami gminy. Zawsze chętnie odpowiadali na zgłaszane prośby. Walczyłam z urzędnikami, którym zabrakło dobrej woli, żeby pochylić się nad naszym problemem, spróbować zrozumieć i złożyć stosowny urzędowy podpis, aby nam pomóc. Ten budynek powinien stanąć już dawno, do 2005 – 2006 roku. Pieniądze były i w instytucjach państwowych i niepaństwowych. O czym my tu w ogóle rozmawiamy. Ja nie chcę już do znudzenia mówić, że jeżeli inicjatywa społeczna jest zgodna z Prawem Bożym i ludzkim, i są na nią środki, to obowiązkiem urzędnika jest przybić pieczęć.  Nie daje przecież z własnej kieszeni, to są pieniądze podatników!  Ludziom chorym, niepełnosprawnym, którzy sobie sami nie pomogą to się po prostu należy!

 I wreszcie się udało…

Tak, udało się. Bardzo się cieszę, że ośrodek jest w centrum Jerzmanowic, w centrum gminy. Nasi podopieczni zasługują na to, żeby być w centrum.

Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy słucha ludzi rodzi się w nim pokora. I chyba wiele osób ma takie odczucia rozmawiając z Panią. Wielu z nas, chrześcijan ma dużo dobrej woli, chodzimy  na Mszę Św., modlimy się, widzimy Chrystusa w drugim człowieku, ale często nie  owocuje to  konkretnym działaniem. Nic nie robimy.

Nie! Nie zgadzam się z ostatnim zdaniem.  Każdy coś robi. Najważniejsze tylko, żebyśmy byli dla siebie  życzliwi. Aby nie niszczyć nikogo podstępnie. Nie każdy ma możliwości zrealizowania szlachetnych planów. Ważne, żeby powiedzieć dobre słowo. Nie niszczyć.

W jaki sposób każdy z nas, zwykłych parafian, mieszkańców gminy może pomóc Stowarzyszeniu w realizowaniu jego zadań w służbie ludziom chorym?

Najbardziej chciałabym, aby więcej ludzi wiedziało, że taka placówka istnieje. Nigdy nie wiemy, komu i kiedy będzie potrzebna. Ludzie muszą wiedzieć, gdzie szukać wsparcia. Jeśli zaś idzie o pomoc ŚDS – OT to pomoc materialna – jak najbardziej. Jest konto, można wpłacać jakąkolwiek kwotę. Czasem organizujemy akcje, wydarzenia, wystawy. Można się włączyć. Jest możliwość również przyjść do nas i popracować z naszymi podopiecznymi. Tzw. wolontariat. To jednak wymaga trochę zachodu. Trzeba mieć pomysł, co się z nimi chce robić i predyspozycje, także osobowościowe. Trzeba spełnić kilka warunków, ale jeżeli ktoś czuje się na siłach i chciałby spróbować, to zapraszamy.

Brat Albert powiedział, że jeżeli nie możesz dać dużo, to daj mało.

…

Dziękujemy Pani za rozmowę. Życzymy wszelkich potrzebnych łask bożych do dalszej pracy. Zapewniamy również, o naszej życzliwości.  Jesteśmy pełni podziwu!

Dziękuję. Proszę jednak pamiętać, że nie sama tego dokonałam. Gdyby nie ludzie którzy mnie wspierali, nic by nie powstało.

Rozmowę przeprowadzili oraz tekst opracowali: Marzena Mrozowska, Agata Sarota, Adam Szafraniec

Źródła ; 

http://parjerzmanowice.iap.pl/pl/ 

 O Marii Cieślik w Dzienniku Polskim -Warto przeczytać