Sztuki walki dla większości ludzi kojarzą się z zadawaniem
ciosów i robieniem wpierdolu tym kto na to zasługuję i do pewnego
stopnia jest to prawda ,ale każda sztuka walki ma pewien głębszy
sens , swoją filozofię ,Jest ona dostępna dla każdego kto chce
ją poznać bez względu na stan zdrowia , płeć czy drogę którą
podążamy , Znalazłam pewien tekst i film z Brucem Lee jednym z
najsłynniejszych mistrzów sztuki walki , warto się z nią zapoznać
a może ona wam pomoże w tym nowym roku, który raczej do łatwych
należeć nie będzie ..
Kiedy Bruce Lee zaczął grać główne role
w popularnycktórą praktycznie jest dla każdego kto chce ja poznać
bez względu na to jakie ma się ciała , zdrowie h filmach, stał
się sławny na całym świecie. Jednak ten utalentowany mistrz sztuk
walki był kimś więcej niż hollywoodzkim przystojniakiem. Wychował
się w Hongkongu i od najmłodszych lat pozostawał pod wpływem
wschodniej szkoły myślenia, dlatego też zyskał uznanie jako
filozof i pisarz. Zrobił doktorat z filozofii na Uniwersytecie w
Waszyngtonie. Stąd, dzisiaj chcemy podzielić się z Wami 7
lekcjami, w których Bruce Lee przedstawił, czym jest
adaptacja
Bruce Lee był ważną postacią, która rozbudziła
zainteresowanie sztukami walki wśród ludzi na Zachodzie. Bruce
Lee był bardzo charyzmatyczny i szybko stał się wzorem dla wielu
osób. Każdy wywiad z nim był pełen magii i mądrości.
„Nie najsilniejszy
gatunek przetrwa, ani najbardziej inteligentny, ale najlepiej
reagujący na zmiany”.
Jedną z najmocniejszych rozmów z nim był jego ostatni wywiad,
który ukazał się dopiero w 2007 roku. W tym wywiadzie Lee mówił
o głębokim znaczeniu koncepcji adaptacji. Swoje poglądy
streścił w cytacie, który później stał się bardzo znany: „Bądź
wodą, przyjacielu”. Przeanalizujmy jego intrygującą perspektywę
o tym, czym jest adaptacja, przedstawioną w 7
zasadach .
1. Bruce Lee o adaptacji – zmiana jest naturalna
Na Zachodzie uczymy się ustalać cele, osiągać je i utrzymywać
sukces. Bardzo rzadko jesteśmy przygotowani na wielkie
straty,
jakie przynosi życie. Dlatego narzekamy, że nie ma już
tego, co było kiedyś lub że kiedyś było lepiej.
Bruce
Lee podkreślił znaczenie zrozumienia, że nic nie pozostaje
takie samo. Wszystko jest w ciągłym ruchu i transformacji.
Opieranie się tej rzeczywistości powoduje tylko cierpienie.
Zaakceptowanie, że wszystko się zmienia, jest podstawą adaptacji.
2. Rzeczywistość jest ważniejsza niż wierzenia
Koniec końców króluje rzeczywistość, a nie
przekonania o rzeczywistości. Często zaskakuje nas coś,
co się dzieje i uważamy, że nie powinno się wydarzyć to, co się
stało. Zdradza to nasze przekonanie, że rzeczywistość powinna
spełniać nasze oczekiwania,
a nie na odwrót: że nasze zasady dotyczące świata powinny opierać
się na rzeczywistości.
Nie
da się zrozumieć rzeczywistości w całkowicie obiektywny i
prawdziwy sposób. Sposób, w jaki „tłumaczymy”
bodźce zmysłowe, zawsze ma pewien margines błędu. Kiedy dzieje
się coś, co naszym zdaniem było nie do pomyślenia,
rzeczywistość pokazuje nam, jak bardzo się myliliśmy.
3.
Zniszczenie i kreacja idą w parze
Rzeczywistość płynie wraz z własną mądrością. Kiedy
coś się kończy lub zostaje niszczone, pojawiają się również
początki czegoś nowego. Jeśli coś ulegnie destrukcji,
oznacza to, że czas się skończył, jego cykl się skończył.
Ale ten proces nie powinien być postrzegany jako coś negatywnego.
Aby
iść przed siebie, ludzie lub przedmioty muszą zniknąć, aby
pojawiły się nowe. Zamiłowanie do pewnych nawyków lub sytuacji
również musi ulegać modyfikacji. Ci, którzy to rozumieją są w
stanie zajrzeć do gruzów przeszłości i zobaczyć nowe możliwości
i szanse.
4. Nie jesteśmy sami w procesie transformacji
Wszyscy wpływamy i jesteśmy pod wpływem naszego otoczenia.
Właśnie dlatego Bruce Lee powiedział, że każda
indywidualna zmiana implikuje zbiorową zmianę i odwrotnie.
Kiedy otoczenie ewoluuje, tak samo dzieje się z przebywającym w nim
człowiekiem.
Indywidualna ewolucja jest wkładem w świat. Jednocześnie
pomaganie innym w zmianie i ewolucji ułatwia rozwój
osobisty. Nie można odseparować kogoś od grupy
społecznej, do której należy.
Każda indywidualna zmiana implikuje
zbiorową zmianę i odwrotnie. Kiedy otoczenie ewoluuje, tak samo
dzieje się z człowiekiem.
5. Wszystko, co istnieje jest w ruchu
Obecność to synteza przeszłości i nasion przyszłości.
Przeszłość, nasze wspomnienia
i dotychczasowe zdarzenia objawiają się dziś w innej formie niż
wtedy, kiedy pierwotnie nastąpiły. Dlatego przeszłość dokładnie
taka, jaka się wydarzyła już nie istnieje. Istnieje raczej w taki
sposób, w jaki dziś o niej myślimy.
Nie ma przyszłości, jeśli teraźniejszość nie jest
całkowicie bezpieczna i jeśli nie pozwala na naturalny przepływ.
Szansa, którą mamy tu i teraz służy zasianiu nasion, a nie
określeniu przyszłości. To, co dopiero nadejdzie jest niepewne,
dlatego ta obecna chwila jest jedyną rzeczą, która jest prawdziwa
i warta uwagi.
6. Nie ma esencji ani ustalonej rzeczywistości
Na Zachodzie dużo mówi się o „esencji” rzeczy. Jest to
część idei, że istnieją stałe elementy, które są niezmienne w
czasie, co sprawia, że czujemy się bezpiecznie. Dlatego
mówimy o esencji ludzkości i społeczności oraz o innych
koncepcjach, które zakładają, że rzeczywistość jest statyczna.
Inaczej
jest w koncepcji, którą przedstawił Bruce Lee.
Tożsamość człowieka może się całkowicie zmienić.
Jeśli na przykład ktoś jest nieśmiały, nie oznacza to, że jest
kimś takim, tylko że przechodzi przez pewien etap. W przyszłości
może się zdarzyć coś zupełnie innego.
7. Niech rzeczy płyną, nie próbuj ich kontrolować
Próba kontrolowania własnej rzeczywistości lub innej
osoby prowadzi do frustracji. Tak czy inaczej, wszystko jest
tak, jak powinno być. Każdy jest taki, jaki powinien być,
przynajmniej w danym momencie. Nikt nie ma absolutnej kontroli nad
tym, co dzieje się w życiu. Jak mówił Bruce Lee, powinniśmy
być jak woda, która dostosowuje się i przybiera postać tego, co
znajdzie po drodze.
Bruce Lee, dzieląc się swoimi lekcjami, wywarł duży wpływ na
Zachód. Jego lekcje reprezentują sposób postrzegania
rzeczywistości bardzo odmienny od dominującego w naszym
społeczeństwie. W jego światopoglądzie nie ma potrzeby
przejmowania władzy nas sobą ani nad innymi. Zamiast tego
powinniśmy szanować dorozumianą logikę rzeczywistości, która
zawsze różni się nieco od naszych oczekiwań.
Niedawno dożywszy 100
lat zmarł profesor. Aleksander Krawczuk
wybitny krakowski historyk i znawca oraz promotor starożytności. Fascynowała go
starożytna Grecja i Rzym, ale cenił i promował także naszych rodzimych
słowiańskich bogów. Co mnie nie dziwi, bowiem pogaństwo jest fascynujące bez
względu na obszar jego panowania.Przedstawiam Wam jeden z jego ciekawych wywiadów.
Wojciech Jan
Rudny: - Jak się Pan czuje widząc, że idee Renesansu, inaczej mówiąc odrodzenia
antycznych wartości pogańskich (nie bójmy się tego słowa), które Pan głosił
przez wiele lat, i nadal przecież głosi, wciąż żyją i mają także poza Panem
swoich wiernych wyznawców w naszym kraju? Dodajmy, że obecnie pochwała antyku i
pogańskiego stylu życia może zwiastować w Polsce kłopoty, bo przecież – to
nawet wie każde dziecko – nie warto narażać się przedstawicielom dominującego w
Polsce Kościoła katolickiego.
AK: - Proszę
pana, ja jestem głosicielem radosnej nowiny: bogowie powrócili! I to da się
ująć w czterech punktach: radość ciała; w tym igrzyska, sport. Po drugie:
radość seksu za obopólną zgodą. Seks jest zasługą w oczach bogów
nieśmiertelnych – nie grzechem. Po trzecie: radość poznawania, czyli prawdziwy
kult nauki. Wreszcieśmy zerwali z tym poglądem, że prawda ostateczna została
objawiona. My naszym słabiutkim umysłem, tą latareczką naszego rozumu,
usiłujemy rozświetlić mroki, które nas otaczają. Na piętnaście wieków udało się
chrześcijanom przerwać rozwój nauk. Bo jeśli jest prawda objawiona, to po co
jej w ogóle szukać? Ale powoli, powoli od czasów Renesansu my wracamy do tego,
że jedyne co mamy to nasz rozum. I odkrywamy wspaniałość wszechświata. I
wreszcie po czwarte: radość demokracji. Została ona stworzona przez Greków i
zaszczepiona w Rzymie, gdzie przez wiele wieków była republika, samorząd. Otóż
dzisiaj też głosimy, że demokracja jest najlepszym z możliwych ustrojem i
powinna panować wszędzie – również w Kościele. Przy czym z Kościołem będzie
najtrudniej, bo Kościół jest antydemokratyczny; teokracja i feudalizm – to jest
przeżytek Średniowiecza.
WJR- Czy
zgodzi się Pan z tym, że po 1989 r. możemy mówić w Polsce o recydywie saskiej
saskiej? Z roku na rok widzimy przecież, jak katolicyzm usiłuje zawłaszczyć
wszystkie sfery życia naszego narodu: religia katolicka wróciła do świeckich
szkół, katoliccy księża są w nich nauczycielami wynagradzanymi przez państwo.
Święci się nie tylko sale zebrań rad miejskich, ale i baseny, a nawet pojazdy
mechaniczne… Buduje się coraz więcej kościołów, kapliczek... Batalia o krzyże
wydaje się nawet przegrana, pomimo że jesteśmy w Unii Europejskiej… A ostatnio
prezydent Łodzi wydawałoby się, że poważny człowiek, niejaki Jerzy Kropiwnicki,
zaproponował, żeby dzień legendarnych magów perskich, tzw. trzech króli, uczcić
w Polsce pobożnym nieróbstwem. Pomimo że wprowadzenie kolejnego dnia wolnego od
pracy spowoduje straty finansowe (szacowane na 5,7 mld zł) przedsiębiorstw i
niestety dalsze redukcje etatów…
AK: - W
naszym państwie są pewne siły i tendencje zmierzające do utworzenia państwa
wyznaniowo-policyjnego. To jest oczywiste, to widać gołym okiem. Nawet Trybunał
Konstytucyjny ulega tym naciskom. Idziemy w kierunku państwa
wyznaniowo-policyjnego, ale może to potrwać jakiś czas, skazane jest jednak na
niepowodzenie…
WJR:- Gdyby
nie Unia Europejska pewnie byłoby jeszcze gorzej?
AK: - No
właśnie, jest jednak Unia; jest ta erozja systemu dokonująca się niejako
samorzutnie od wewnątrz.
WJR:- Panie
Profesorze przyzna Pan, że w Polsce niezwykle trudna jest droga, jaką Pan
przebył, tj. od chrześcijaństwa do kultu bogów, nauki, radości życia i rozumu,
słowem - pogaństwa?
AK: - Jest
bardzo trudną rzeczą oderwanie się od pewnych wręcz nawyków. Bo Kościół bardzo
mądrze postępuje od najmłodszych lat wszczepia nam pewne nawyki, np. masz
odmawiać taki paciorek, masz chodzić do kościoła, masz dać na tacę, masz się
spowiadać – jeśli tego nie uczynisz, grozi ci... I teraz psychicznie sytuacja
wewnętrzna ludzi jest taka, że jeśli zdarzy się coś dobrego, to zawdzięczam to
łasce Boga. A jeśli zdarzy się coś złego, to skutkiem tego, że zaniedbałem
pójść do kościoła, zaniedbałem się pomodlić…
WJR- Nie
wydaje się Panu, że religia katolicka w Polsce jest właściwie tylko kwestią
swoiście pojmowanej tradycji, konformizmu i zawsze brak było u nas jakiejś
głębszej refleksji teologicznej?
AK: -
Podobnie jak u schyłku starożytności udział w obrzędach był dowodem
przynależności do pewnej tradycji, wspólnoty; religia była kwestią tradycji,
udziału w obrządkach, pewnego konformizmu społecznego. Natomiast nikogo nie
interesowały spory teologiczne. I proszę zwrócić uwagę, że w Polsce nikogo
teologia nie interesuje. Próbował wzbudzić zainteresowanie kwestiami
teologicznymi Leszek Kołakowski, publikując książki pod bardzo takimi
zaskakującymi tytułami: Czy Szatan może być zbawiony?, Czy Bóg jest szczęśliwy?
Tego typu książki. Ale to nie wywołało nawet żadnego echa…
WJR- Panie
Profesorze znam i takich młodych ludzi, którzy nie wierzą w to, czego uczy
Kościół, ale brali udział w bierzmowaniu ze względu na… prezenty.
AK: - Ja
spotkałem chłopców, którzy pytali: a czy można by nie iść do komunii, a dostać
prezenty?
WJR- Zgodzi
się Pan ze stwierdzeniem, że nasza polska i katolicka religijność jest bardzo
płytka?
AK: - Polska
zawsze była krajem o płytkiej religijności w sensie teologicznym. Poważny
stosunek do kwestii teologicznych mieli arianie, ale jak pan wie, zostali
przegnani. Potem nastąpiła tylko religijność obrządkowa. Wie pan, jeśli chodzi
o różnice między katolicyzmem a protestantyzmem można taki obraz pewien podać:
w środkach komunikacji masowej to się właściwie nie zdarza, żeby młody człowiek
ustąpił miejsca starszemu. A to byłby przecież dobry uczynek w sensie
chrześcijańskim. Natomiast, jeśli np. przejeżdża pan tramwajem koło kościoła,
to bardzo wielu zdejmuje czapkę, żegna się. I to jest różnica między religią
uczynku, a religią obrzędową. To jest najistotniejsza różnica między
katolicyzmem, a ewangelicznym chrześcijaństwem. Kwestia praktyki. Religię
trzeba praktykować. W gruncie rzeczy praktykującym jest ten, kto wykona dobry
uczynek. A obrzędowcami są ci, którzy ograniczają religię tylko do gestów.
WJR- Czyli w
Polsce mamy jedynie obrzędowość?
AK: -
Wyłącznie, od wieków…
WJR- Czy
można zatem powiedzieć, że katolicyzm jest martwy jako pewien system etyczny,
bo nie wpływa specjalnie na moralność swoich wyznawców?
AK: - Polacy
jako naród bardzo katolicki zarazem należą do narodów o bardzo niskim poziomie
społecznej moralności. Są niemoralni wręcz. Przez to, że kładzie się nacisk na
obrzędowość. Za granicą, na Zachodzie Polak postrzegany jest jako pijak,
złodziej… Ogólnie rzecz biorąc katolicyzm jest religią moralnie rozleniwiającą,
a myślowo właściwie ogłupiającą. Bo co ma myślowo do zaoferowania?
WJR- Czy
wierzy Pan, że jest możliwe stworzenie religii w nawiązaniu do ideałów
antycznych bądź rekonstrukcja dawnych wierzeń.
AK: - Ona
wróciła. Nie musimy jej nawet tworzyć.
WJR- Mnie
np. odmówiono publikacji wywiadu na portalu Racjonalista.pl z przedstawicielami
greckiej grupy wyznaniowej, odwołującej się do dawnych bogów Hellady, modlącej
się do nich. Racjonaliści niemal pukali się po głowie, kiedy przesłałem im ten
wywiad…
AK: -
Modlenie się do bogów to jest kwestia pewnego gestu, to nie ma wielkiego
znaczenia. To jest kwestia pewnego ukłonu w stronę tradycji. Bardzo
sympatycznego i mającego swój sens. Bo widzi pan: politeizm sam w sobie jest
wartością. Bardzo groźną rzeczą jest monoteizm. Sama idea monoteizmu: jedna
tylko prawda i koniec.
Proszę
zwrócić uwagę, że my - dzięki politeizmowi - w starożytności nie mieliśmy
żadnych wojen religijnych.
WJR-
Pojawiły się dopiero w momencie chrystianizacji Europy…
AK: -
Chrześcijaństwo, powiedzmy sobie szczerze, to jest religia obca –
bliskowschodnia, azjatycka. Mówi się, że wniosła wielkie wartości. Jakie
wielkie wartości? Dekalog? To znaczy, że przedtem w Grecji, Rzymie można było
mordować? To było tak samo karane, jak wszędzie. Pierwsze przykazanie mówi: nie
będziesz miał innych bogów przede mną. To jest przykazanie dla ludu Izraela. To
jest ich bóg. A inni bogowie mogą być sobie. Poza tym niech pan zwróci uwagę na
przykazanie „nie zabijaj”. Wkraczamy do Ziemi Świętej i co robimy? Zdobywamy
Jerycho i mordujemy wszystkich i wszystko, nawet zwierzęta. Tak przykazał Pan,
który przed chwilą mówił: nie zabijaj. Ale obcych możesz zabijać. Niech Pan
zwróci uwagę, że katolicyzm wyrzucił drugie przykazanie. To, które mówi: Nie
będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie
wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach, pod
ziemią!
WJR- Można
powiedzieć, że jest to zwycięstwo pogaństwa, też w Kościele. Prawda?
- Tak.
Kościół musiał ustąpić i od tego się zaczęło. Wzięto z pogaństwa to, co jest
najbardziej powierzchowne - np. kult obrazów, posągów - a nie wzięto tego, co
jest najsympatyczniejsze: otwartość, tolerancja...
WJR- Chyba
cesarz Hadrian mówił, że chrześcijanie tak naprawdę to czczą tylko mamonę…
AK: - Tak,
niestety do tego to wszystko się sprowadza. Historycznie patrząc, tak naprawdę
zawsze zwyciężają arcykapłani. Kościół zorganizowany. Jaki był w Izraelu i jaki
jest obecnie. Ludziom to imponuje. I szaty, i piękno, i dostojeństwo,
obrzędy... Patrzę na chrześcijaństwo ogólnie jako na religię obcą naszemu
duchowi europejskiemu, nie wnoszącą nic właściwie nowego.
WJR- Tylko w
Polsce ciężko jest ludzi przekonać do takiego poglądu.
AK: - Nie da
się przekonać, bo wpojono, że to jest nasza tożsamość. To jest nieszczęście
pewne, to utożsamienie z Kościołem, który prowadził zawsze swoją politykę.
WJR- Czy do
Pana przemawiają ideały socjalistyczne, czy niespecjalnie?
AK: - Wie
pan, jak się patrzę na to, co się dzieje obecnie, to myślę, że jednak socjalizm
miał swoje wartości. Proszę zwrócić uwagę, że w Polsce od 20 lat ludności
ubywa. Dlaczego? Dlaczego w czasach PRL-u ludności przybywało? Dlatego, że było
poczucie pewnej stabilności i pewnego bezpieczeństwa socjalnego. Była
zapewniona praca, zapewniona opieka nad dziećmi: żłobek, przedszkole itd.,
zapewnione wczasy. To wszystko rzutowało na inne nastawienie. Im więcej będę
miał dzieci, tym będzie lepiej. Krzywda mi się nie stanie. Żyło się ubogo, ale
spokojnie i bezpiecznie. To wszystko nagle zostało przerwane. Polska obecnie
należy – obok Słowacji – do krajów o żadnym wręcz przyroście demograficznym.
Moi młodzi krewni, którzy pracują w Anglii mówią, że będą mieli dzieci, ale w
Anglii. Tam jest opieka nad dziećmi, a tutaj była w czasach PRL-u. Nie ma jej
obecnie.
WJR- Rola
państwa ograniczyła się do poborcy podatkowego…
AK: - I do
wysprzedawania ruin po PRL-u. Ale jak się to skończy, nie wiadomo. Jest
olbrzymi dług wewnętrzny. To je groźne. Mówi się, że w Polsce była komuna. Ale
tak naprawdę nigdy nie mieliśmy komunizmu. Polska była jedynym krajem w bloku,
gdzie nie było kolektywizacji. Była jedynym takim krajem, gdzie Kościół był
taką potęgą.
WJR-
Początkowo religia była nawet w szkołach…
AK: - Potem
to zniesiono, ale to było dobre. Jak się wychodziło ze szkoły, to religia była
czymś z własnego wyboru. To miało swoją wartość. A teraz stała się jednym z
przedmiotów nauczania. Nic więcej. Przedmiotem, którego można unikać; nie
chodzić. Tak samo się nie uczyć, jak matematyki, historii.
WJR- Czy
uważa Pan, że Kościół będzie w Polsce dążył do unicestwienia lub przynajmniej
wyciszenia innych niż katolicki światopoglądów?
AK: -
Kościół ma taką dewizę: Totus tuus, cały twój. Każdy człowiek, całe społeczeństwo
powinno być oddane Bogu.
WJR- I
zawsze wykorzystuje się postać Jezusa Chrystusa…;
- To jest
myślenie totalistyczne. Kościół nigdy z tego nie zrezygnuje. Ale z drugiej
strony dokonuje się coś tak wewnątrz ludzi, tak samoczynnie, od dołu. Wracamy
do czasów, takich jak w czasach mojej młodości, przedwojennych. Być bardzo
religijnym, to była sprawa ludzi starszych. Wśród ludzi młodych nie wypadało
nawet być za bardzo religijnym.
WJR- A Pan
nie miał nigdy pokusy wrócić do chrześcijaństwa?
- Ja się
czuję pogańskim chrześcijaninem. Ja nie neguję tego, czego nauczał Chrystus. To
jest piękne. Czego nauczał? Łagodnie mówiąc, był krytycznie nastawiony wobec
arcykapłanów i ówczesnego kleru. Dalej ostro krytykował religijność na pokaz.
Głosił, jeżeli się modlisz, zamknij się w komórce swojej. Ale dziś w polskim
katolicyzmie nikt nie potrafi się tak modlić! Ojcze nasz i zdrowaśki, ale
własnymi słowami, kto potrafi? Odwykliśmy od tego. Chrystus nie był, jak pan
wie, przyjacielem bogaczy. Za to wszystko zapłacił. Został z poduszczenia
ówczesnych arcykapłanów skazany na śmierć przez Rzymian. Rzymianie poszli na
to, bo w ogóle nie rozumieli, o co chodzi w tych żydowskich sporach i
konfliktach.
WJR- Ale Pan
nie uczestniczy w praktykach religijnych?
- Proszę
Pana, ja się uważam za człowieka głęboko religijnego. Obecnie prawdziwie
religijni są ludzie zwani popularnie ateistami. Bo tylko ateista jest głęboko
pokorny wobec zagadki, że w ogóle cokolwiek istnieje. On nie wyobraża sobie
Boga na wzór i podobieństwo swoje, jako osobę. Ale rozumie ogrom tej zagadki.
Przerażającej zagadki. To jest religijność. Człowiek prawdziwie religijny nie
wie, co go czeka po śmierci, nawet się o tym nie myśli, chce żyć możliwie
przyzwoicie. Ale jest pełen pokory wobec tej, jak powtarzam, zagadki, że w
ogóle cokolwiek istnieje.
WJR- Pracuje
Pan nad najnowszą książką, która ma się wkrótce ukazać nakładem wydawnictwa
„Iskry”. Czy może Pan powiedzieć coś więcej na jej temat?
- „Z
Odyseuszem w zaświatach” jest to książka właściwie w całości napisana. To jest
książka trochę autobiograficzna poświęcona temu, co jest zawsze dla nas
najważniejsze, zwłaszcza u schyłku życia. Jestem w tej chwili najstarszym
historykiem w Krakowie. Proszę sobie wyobrazić, czego się doczekałem. Jestem
jedynym z mojego pokolenia, już nawet właściwie nie mam do kogo zatelefonować…
- Ma Pan 88
lat, jest Pan w znakomitej formie, choć przeżył Pan aż dwie śmierci kliniczne.
Jaka jest tajemnica Pańskiego zdrowia, tej wielkiej woli życia i
długowieczności?
- Żyję sobie
z łaski Bogów… Jest pięć takich czynników. Po pierwsze: dobre geny, na co nie
mamy żadnego wpływu. Po drugie: postęp medycyny. Po trzecie: ciąg szczęśliwych
przypadków. Po czwarte: to jest dobry klimat domowy, co zawdzięczam mojej
żonie. Po piąte: pozytywny stosunek do życia. Z tych pięciu mamy wpływ
całkowity tylko na ten ostatni.
- Bardzo
dziękuję Panu Profesorowi za rozmowę i życzę dużo zdrowia oraz powodzenia w
dalszej tak niestrudzonej pracy w głoszeniu radosnej nowiny.
Polski
system edukacji praktycznie powinien mnie interesować tyle ile zeszłoroczny śnieg
i zazwyczaj niewiele mnie on interesuje. Jakiś jednak czas temu przeczytałam coś,
co mnie totalnie zmroziło otóż wszystkich profesorów, którzy uczyli mnie i
dzieli się swoją wiedzą na moim Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie szczególnie
o wydział politologii mi chodzi usunęli i wyrzucili w wyniku reformy. Miałam plany,
aby wybrać sobie nowy kierunek studiów na tej uczelni Kulturoznawstwo i wiedzę
o Mediach, ale teraz widzę, że chyba nie ma, co się tam wybierać, chociaż program
studiów mają ciekawy. Wszystko zmierza w tym kraju w złą stronę, Najwidoczniej
nie tylko ja to widzę, bo i najmłodsze pokolenie uczące się w polskim systemie
edukacji widzi te zmiany jeszcze gorzej.
Nie ukrywam,
że przykro mi, ze będąc od 2004 roku w Unii Europejskiej nie wykorzystaliśmy szansy
ogromnego przeskoku kulturowego, prawnego, mentalnego, jaką nam dała Unia Europejska
a wystarczyło tylko wszystko skopiować z państw zachodnich. Od programów
edukacyjnych po system prawny to chyba nie takie trudne? No cóż, jeśli czegoś
nie było to już nie będzie, ale porozmawiać na ten temat można, choć nic to nie
zmieni
Wklejam Wam
wywiad z Anną Maziarską maturzystką z 2021 roku i aktywistką społeczną. Nie ze wszystkimi
jej słowami bym się zgodziła, ale wywiad warty jest przeczytania.
Chcą nam
poprzestawiać mózgi, a my chcemy żyć normalnie [MATURZYSTKA O LEX CZARNEK]
Rząd
się zorientował, że przejęcie sądów i mediów nie zatrzyma buntu, więc trzeba
zmienić mindset, nastawienie, poprzestawiać ludziom mózgi i to najwcześniej jak
się da - mówi nam o "lex Czarnek" aktywistka, feministka, maturzystka
2021 Anna Maziarska
Piotr Pacewicz, OKO.press: Podczas protestu organizacji
społecznych, samorządów, związkowców, nauczycielek, przeciwko "lex
Czarnek" pod siedzibą rządu 21 czerwca 2021 zabrałaś głos m.in. po
prezydencie Trzaskowskim, prezesie ZNP Broniarzu, Krystynie Starczewskiej,
która jest legendą - współtwórczynią polskiej edukacji niepublicznej. Możesz
zacytować swoją wypowiedź?
Anna Maziarska*: My, uczennice i uczniowie, nie
zgadzamy się, by decydowano o nas bez nas. Nie zgadzamy się aby o nas, o naszej
przyszłości, edukacji i kompetencjach decydowała grupa ludzi uważająca, że może
budować państwo tylko dla siebie. Chcemy żyć normalnie jak nasze rówieśniczki i
rówieśnicy w Europie. Polska jest także naszym krajem. Krajem ludzi młodych.
Naszą przyszłością. Chcemy, żeby i nam się w niej dobrze żyło, więc
protestujemy przeciwko zamachowi na polskie szkoły. Będziemy protestować
również dzisiaj o 18 pod MEiN"
Czemu ty?
Od
listopada 2020 jestem członkinią Rady Konsultacyjnej ds. Edukacji w
Ogólnopolskim Strajku Kobiet.
Co to znaczy "żyć normalnie"?
Normalnie,
czyli mając prawo do własnych wartości i poglądów, do szacunku. Żyć godnie w
kraju bez przemocy, bez wykluczania i uciszania. Żyć w kraju, w którym chce się
żyć z wyboru.
Jesteś z rocznika 2002, tuż po maturze.
Wyniki
będą 5 lipca, będę wtedy na wolontariacie w Afryce. Kończyłam liceum nr 64 im.
Witkacego w Warszawie. Byłam przedostatnim rocznikiem, który jeszcze się uczył
w gimnazjum.
Padłaś ofiarą deformy edukacji Anny Zalewskiej.
Ale
moje liceum było dosyć liberalne, tzw. szkoła eksperymentalna. Lekcje trwały
godzinę, a nie 45 minut, mieliśmy swoje klasy, więc nie chodziliśmy jak te
wędrujące mrówki. To nauczyciele do nas przychodzili, można było się zadomowić,
przemalować ściany. Nauczycielki i nauczyciele wspierali nasze zaangażowanie,
pasje naukowe i aktywistyczne, wręcz zachęcali do udziału w demonstracjach, np.
w obronie klimatu. My z kolei wspieraliśmy strajk nauczycielski w kwietniu
2018. Koleżanka wymyśliła akcję malowania na chodnikach napisu "Murem za
nauczycielami", m.in. pod gmachem MEN.
Ktoś do was wyszedł? Tłumaczył młodzieży, że jest w
błędzie?
Jakiś pan z wiaderkiem i szmatą starannie zmywał napis.
Taka forma dialogu.
Z
naszymi nauczycielkami spotykaliśmy się zresztą czasem na demonstracjach, jak
mieli akurat okienko. Wspierali nasze przygotowania do olimpiad; jeśli np. ktoś
jest ścisłowcem i szedł na olimpiadę chemiczną, dawali luz na innych
przedmiotach, dobrze reagowali na okazywanie solidarności z osobami LGBT. Jak
władze zrobiły zadymę wokół tęczowych piątków, to zrobiliśmy "kolorową
przedsobotę", była kawiarenka, upiekłyśmy ciastka, nauczyciele i
nauczycielki też kupowali. Wymyśliła to osoba uczniowska...
???
Tak
mówię, bo jest osobą niebinarną.
Jeszcze to! To liceum jest jak koszmar senny
Kaczyńskiego, Czarnka, całej narodowej formacji prawicy. Wojska Ochrony
Terytorialnej powinny natychmiast przystąpić do okupacji. Idealna szkoła według
Anny Maziarskiej?
Były
też minusy. Każde z nas wybierało dwa rozszerzenia, czasem ciekawe zestawienia:
polski i chemię wybrała koleżanka, która idzie na konserwację sztuki na ASP. Od
drugiej klasy rozbiegaliśmy się po blokach zajęć, razem mieliśmy tylko polski i
godzinę wychowawczą, trochę za mało było kontaktów. Bardziej skupiałam się na
własnych projektach i lataniu na demonstracje, nie pielęgnowałam tych relacji.
Obudziłam się z ręką w nocniku.
Samotność aktywistki?
Szkoła
jako miejsce życia jest bardziej potrzebna niż myślałam, czas pandemii pokazał,
jak bardzo. Dużo osób miało załamania załamania psychiczne, wiadomo, że wzrosła
liczba problemów psychicznych, prób samobójczych, samookaleczeń - w całej
Polsce.
Uczyć
się, jak się okazuje, można samemu: w sieci są e-podręczniki, masa kursów on
line, ale szkoła powinna dawać oparcie, uczyć życia z innymi. Nasze nauczyciele
i nauczycielki zachęcali nas zresztą do tego, organizowali zimową szkołę - mamy
taką formułę zamiast zielonej szkoły - zachęcali do pracy w zespołach, do
łamania schematów, poczynając od ławek: można je ustawiać dowolnie, nawet w
takiego “ślimaka”, byle każdy się dobrze czuł.
Oczywiście
wiem, że żyłam w bańce szkoły warszawskiej, liberalnej, żoliborskiej. Że
nastawienie naszej szkoły na społeczne kontakty, pasje naukowe i obywatelski
aktywizm to rzecz wyjątkowa, bo większość szkół mniej lub bardziej skutecznie
niszczy ten najważniejszy w życiu człowieka czas rozwoju społecznego i intelektualnego.
Sprowadzają obecność w szkole do nauki zgodnej z podstawą programową, wkładając
uczennicom i uczniom do głowy, że są w szkole po to, by walczyć o oceny.
Paradoksalnie, uczymy się po to, by nauczyciel był z nas
zadowolony i wystawił dobry stopień.
Jako
uczestniczka IV edycji programu "Jestem liderką" organizowanego przez
polski oddział Vital Voices (globalnej organizacji wspierającej kobiety
założonej w 1997 roku przez Hillary Clinton i Madeleine Albright - red.)
uczestniczyłam w czerwcu 2021 roku w spotkaniu z wiceambasadorką Izraela.
Mówiła, że u nich od pierwszej klasy dzieci są zachęcane do zadawania pytania,
bo inaczej - jak to nazwała - nie da się naprawić świata. Nie da się nic
zmienić bez próby zrozumienia obecnej sytuacji i zapytania, co można zmienić,
co się nie zgadza.
W polskiej szkole zadawanie pytań jest traktowane jako
słabość, dzieci są wręcz karcone, poniżane, że czegoś nie wiedzą.
Wiele
osób się zniechęca, nie ma śmiałości. Zniszczona zostaje ogromna naturalna chęć
poznawania, posiadania wiedzy. Dzieci uwielbiają zadawać pytania, każdy rodzic
to wie.
Oj tak.
Karcenie
za ciekawość to przejaw pruskiego modelu edukacji, jaki u nas dominuje.
Porządek, dyscyplina, ławki i umysły ustawione w rządek.
A skąd się wziął twój aktywizm?
Rodzinne
wychowanie przez mamę, która jest Białorusinką i tatę, dziennikarza Wyborczej.
Chodziłam z nimi na wybory, chodziłam na demonstracje. Nauczyłam się widzieć,
że wszystko jest polityczne, jeździłam trochę po Europie, w Berlinie byłam
miesiąc podczas międzynarodowego programu teatralnego “30.past.89”
opowiadającego o zmianach w Polsce, Rosji i Niemczech w latach 80. i później.
To uczy dystansu, spojrzenia z innej perspektywy.
Dorastałam
za rządów PiS, ale nie zostałam przez nie ukształtowana. Dużo czytam, ostatnio
głównie lektury feministyczne, książkę Michelle Obamy i Rebekki Solnit,
feministycznej dziennikarki i eseistki z USA, oglądam dokumenty filmowe. Jak
miałam 16 lat, postanowiłam sobie codziennie oglądać Fakty TVN i czytać
Wyborczą - najpierw się zmuszałam, ale teraz już chcę być na bieżąco z tym, co
dzieje się na świecie, przekładam to sobie na polskie realia. Jak były protesty
po zabójstwie George'a Floyda, zadałam sobie pytanie, jakie mniejszości są w
Polsce represjonowane.
A fakt, że mama jest Białorusinką?
Kiedyś
to była taka ciekawostka, teraz nabrało ogromnego znaczenia. Zaczęło się od
wyborów w sierpniu 2020, głosowałam oczywiście na Swiatłanę Cichanouską.
W ambasadzie.
Nie,
w Mińsku, akurat odwiedzałam babcię.
Znalazłam się w środku tego kotła, nagrywałam
demonstracje, na Instagramie puszczałam filmy i relacje jak policja strzela do
ludzi. To była inna niż polska lekcja polityki, bardzo mocna.
Białoruś
miała swoje pięć minut, teraz świat zapomniał o niej - to straszne, jak szybko
przemija uwaga mediów. Gdy były pożary w Australii, to przez chwilę cały świat
o tym mówił, a potem nikt. Staram się śledzić dalej, co z tymi pożarami i
oczywiście, co z Białorusią. Analizuję, dlaczego białoruska oficjalna flaga
wygląda tak a nie inaczej, dlaczego z babcią rozmawiamy po rosyjsku. Kiedyś
mówiłam, że jestem pół-Białorusinką, teraz przedstawiam się jako i Polka, i
Białorusinka. Zresztą nie czuję potrzeby mieszkania w żadnym konkretnym kraju,
nie wiem, gdzie spędzę życie.
Jak się to wszystko ma do nowelizacji prawa oświatowego,
jaką zapowiada rząd Morawieckiego? Ministr Czarnek poprzez kuratorów ma zyskać
kontrolę nad odwoływaniem i powoływaniem dyrekcji szkół, chce wprowadzić
cenzurę obecności w szkole organizacji społecznych, nad dyrektorkami wiszą trzy
lata więzienia za niedopełnienie obowiązków, które zdefiniuje kurator. Może on
także wystąpić o skreślenie z listy szkoły społecznej...
Ktoś
powiedział, że jeszcze będziemy tęsknić za panią Zalewską.
I faktycznie - Czarnek jest przerażający.
Minister
edukacji, który próbuje odebrać wolność i autonomię szkołom, jest seksistą i
homofobem.
Ta
nowelizacja jest próbą wprowadzenia skrajnej kontroli szkół przez rząd. Byłam
niedawno w Ambasadzie Węgier i zapytałam panią ambasadorkę o to, dlaczego jej
zdaniem Polska idzie za Węgrami w ograniczaniu demokracji, sądów, mediów,
odbieraniu praw osobom LGBT. Uprzejmie zaprzeczyła, że nie widzi niczego
takiego, o czym mówię i podkreśliła, że przecież na Węgrzech zalegalizowano
związki partnerskie.
Co akurat jest prawdą. A zarazem uchwalono zakaz
"propagandy homoseksualnej", podobny do rosyjskiego.
I
w Polsce, i na Węgrzech wprowadzane są rządy autokratyczne. Zaczęło się od
sądów, potem była nagonka na nauczycieli, edukację seksualną, zakaz aborcji, atak
na LGBT, wszystko, co się wiąże z seksualnością.
Rząd się zorientował, że przejęcie sądów i mediów nie
zatrzyma buntu, więc trzeba zmienić mindset, nastawienie, poprzestawiać ludziom
mózgi i to najwcześniej się da.
Stąd
uderzenie w szkoły, jak w "Nowym wspaniałym świecie", gdzie dzieciom
podczas snu puszczano nagranie, jak wspaniały jest świat, chłonęły to jak
gąbka.
Uderzenie w szkoły idzie przez kontrolę dyrekcji. Jaki
jest dyrektor twojej szkoły?
Dyrektorka.
Czułam się z nią zawsze bezpiecznie, w każdym momencie można było na niej
polegać. Jak były na nasze liceum nagonki mediów czy kuratorium, to broniła
szkoły, umiała wojować, bronić wyjątkowości naszej szkoły.
Autorytet
zdobywa się stając za swoimi uczniami i pracowniczkami. Poza tym pani dyrektorka
popierała samodzielne myślenie, stawiała na rozwój każdego i każdej z nas.
Czy szkoły są w stanie się obronić przed zamachem na
autonomię?
Mam
cichą nadzieję, że możemy się przeciwstawić, bo te zmiany są tak beznadziejnie
niemądre, uderzają w prawa uczniów, nauczycielek, rodziców, bunt może przyjść
także w mniejszych miejscowościach i w wiejskich szkołach, gdzie samorządy
dbają o swoje szkoły. Jeśliby wszyscy się zmobilizowali, to udałoby się to
wszystko odrzucić. Zresztą jakaś posłanka PiS już mówiła, że to tylko
projekty... Ale musieliby się jeszcze bardziej przestraszyć, że będzie duży
protest.
*Anna Maziarska (rocznik 2002) - maturzystka 2021 w
LO nr 64 im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie, wiceprzewodnicząca i
przewodnicząca Samorządu Szkolnego, uczestniczka programu Warszawska Akademia
Młodych Liderów 5.0 w Szkole Liderów i czwartej edycji programu "Jestem
liderką" w Vital Voices Chapter Poland, od stycznia do maja 2021 pracowała
w Warszawskim Centrum Wielokulturowym ucząc dzieci białoruskich migrantów i
migrantek języka polskiego, w czerwcu 2021 wolontariuszka w warszawskim Punkcie
Szczepień, w lipcu 2021 wyjeżdża do Kenii jako wolontariuszka kenijskiej
fundacji KVDA. Feministka, aktywistka, członkini Rady Konsultacyjnej ds. Edukacji
w Ogólnopolskim Strajku Kobiet.
22
października pożegnałam Ciocie - siostrę mojej Mamy, która zmarła po ciężkiej
chorobie.
Ciocia przez
ostatnie lata zajmowała się osobami niepełnosprawnymi i potrzebującymi
pomocy.Była założycielką i kierowniczką
Środowiskowego Domu Samopomocy Ognisko Terapeutyczne dla osób Niepełnosprawnych
w Jerzmanowicach, a także udzielała się, jako radna gminy w miejscowości, w
której mieszkała.
Próbowała zmieniać świat, chociaż ten lokalny i udało się jej
zmienić postrzeganie osób niepełnosprawnych. Wklejam wywiad z Ciocią.
Wykłócam się z Bogiem
Budynek z
zewnątrz nie wygląda imponująco. Dowiemy się jednak za chwilę, że wkrótce jego
stan ulegnie poprawie, gdyż zyska ocieplenie i zewnętrzny tynk. Panią Marię
Cieślik z domu Wypart, prezesa Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Osób
Niepełnosprawnych prowadzącą Środowiskowy Dom Samopomocy – Ognisko
Terapeutyczne (w skrócie ŚDS-OT) w Jerzmanowicach, zastajemy w jej
gabinecie. Po chwili z nieskrywaną dumą oprowadza nas po wnętrzu dopiero co
oddanego do użytku budynku – nowej siedziby ŚDS - OT. Pani Maria ma prawo
do dumy - o godne miejsce dla swoich podopiecznych walczyła latami.Na
korytarzach i w pomieszczeniach spotykamy ludzi, którzy tutaj spędzają znaczną
część swojego życia. Widać, że w tych ścianach, już nasiąkniętych miłością,
pośród przemykających aniołów - swoich opiekunów, czują się bezpiecznie.
Co było dla Pani inspiracją do
pracy z niepełnosprawnymi?
Nigdy nie
planowałam tego robić. Chciałam spokojnie żyć, pracować w szkole - znając
siebie - na pewno z aspiracjami dyrektorskimi. Wybór zawodu nauczyciela był
przeze mnie przemyślany. Byłam zastępcą dyrektora w szkole liczącej 1600
uczniów i bardzo lubiłam to zajęcie. Kiedy syn zachorował postanowiłam
zrezygnować z pracy. Mogłam już odejść na wcześniejszą emeryturę z tytułu
opieki nad osobą niepełnosprawną. I skorzystałam z tej sposobności. Nawiasem
mówiąc, dzisiaj rodzice nie mają już takiej możliwości.
Rzuciła Pani wszystko tak z dnia na
dzień?
Tak! Prawie z dnia
na dzień. Teraz, z perspektywy czasu myślę, że to był błąd. W tamtym
czasie jednak widziałam tylko takie wyjście. Może gdyby był przy mnie
jakiś dobry psycholog… może by mnie powstrzymał. Wprawdzie miałam
wsparcie mojej rodziny, jednak wiadomość o chorobie syna i wszystkie
wydarzenia z tym związane, było jak „pęknięcie życiowego filmu”. Wydawało mi
się, że sobie z tym nie poradzę. Piotrek był najważniejszy. Wierzyłam, że
zdołam mu pomóc odzyskać zdrowie, więc zrezygnowałam ze wszystkiego … To był
najbardziej stresujący okres mojego życia. Wraz z mężem postanowiliśmy Kraków
zamienić na Jerzmanowice. Zamieszkaliśmy tutaj w domu zbudowanym w latach
80-tych.
Jak Pani,
taka energiczna kobieta, nauczycielka, dyrektorka, osoba lubiąca przebywać
wśród ludzi, poradziła sobie z nudniejszą rzeczywistością, brakiem
zaplecza rehabilitacyjnego?
Bardzo doskwierała
mi myśl o samotności mojego Syna. On sam zaczął mówić, że jest mu nudno,
bo nie ma żadnych kolegów. Rozumieją Państwo. Z osobami niepełnosprawnymi
nie ma prawdziwego partnerstwa. My tzw. zdrowi, normalni, nie potrafimy z nimi
rozmawiać. Zwykle to są jakieś dziecinne pytania typu: czy jesteś głodny… no i
co słychać? Nie pomagamy im w ten sposób pokonywać barier, integrować
się. Dlaczego, idąc do nawet małomównego znajomego, możemy gadać przez
godzinę o pogodzie, czy o jakichś tam głupstwach, a w stosunku do
osoby, która trochę inaczej wygląda czy mniej sprawnie myśli już nie potrafimy
się na to zdobyć? A oni pragną takich opowieści. Nie rozmawiamy przy nich tak o
wszystkim. O polityce, o modzie. Dlaczego z nimi zwyczajnie nie plotkujemy, jak
z sąsiadką zza płotu? Rzadko się zdarza, żeby osoby niepełnosprawne
miały kogoś bliskiego spoza rodziny, kto znajdzie dla nich chwilę czasu, zagra
w karty, obejrzy mecz, opowie ciekawą historię. Takie sytuacje
zdarzają się niezwykle rzadko. Odważę się powiedzieć, że nie ma
integracji i nigdy jej nie będzie. Osoba z problemami natury psychicznej, a
nierzadko psychiatrycznej, skazana jest na brak towarzystwa. I tak,
pewnego wieczoru pomyślałam sobie, że gdybym zorganizowała coś na wzór
świetlicy lub dziennego ośrodka wsparcia dla niepełnosprawnych, to mój Syn
również mógłby z niej korzystać. Miałby towarzystwo.
W latach dziewięćdziesiątych
na wsiach nikt nie słyszał o tego typu placówkach.
Tak. Jeszcze nie
było takich domów. I to był wielki problem, bo nikt nie wiedział jak mi pomóc.
Skąd wziąć pieniądze i w ogóle jak się do tego zabrać. Odwiedzałam ośrodki,
świetlice przykościelne, przeszłam przez chyba wszystkie pokoje w Urzędzie
Wojewódzkim. Też nie wiedzieli. Na wsiach tego jeszcze nie było. Ale w roku
2002 to właśnie Urząd Wojewódzki pomógł mi najbardziej.
A co z innymi rodzicami w naszej
okolicy, którzy borykali się z niepełnosprawnością swoich dzieci?
Zrobiłam zebranie
z rodzicami. Napisałam osobiste listy do wszystkich, których zidentyfikowałam
dzięki GOPS-owi i pielęgniarkom środowiskowym. Na pierwsze spotkanie
przyszły trzy osoby. Na kolejne… może cztery. To był 1999 rok.
Ale Pani się nie poddała...
Rodzicom pomysł
się podobał, ale wtedy jeszcze miałam wrażenie, że nie do końca mnie rozumieją.
Z czasem, na kolejne spotkania przychodziło coraz więcej osób i w końcu
powołaliśmy stowarzyszenie. Było nas dwadzieścioro. Musieliśmy opracować
statut, dopełnić różnych formalności (tymi urzędowymi sama się zajęłam). No i
zacząć pracę z naszymi dziećmi (często już metrykalnie dorosłymi), żeby mieli
opiekę, rozwijali się w miarę ich możliwości, aby czuli wsparcie. Opracowałam
plan pracy, dnia, zajęć dla osób niepełnosprawnych i wymyśliłam nazwę: „Ognisko
Terapeutyczne”
W ostatnim
czasie, w niedzielę była Liturgia Słowa poświęcona prorokowi Eliaszowi. Prorok
w obliczu trudności zniechęca się, prosi Boga o śmierć – wycofuje się. Bóg
jednak posyła do niego anioła, zachęca, aby się posilił przyniesionym
podpłomykiem i każe mu iść. Czy widzi Pani analogie między historią Eliasza, a
tym co działo się w Pani życiu?
Chyba nie... Ja
jestem zbyt zbuntowana… Ja często kłócę się z Bogiem. Nie jestem
głębokiej wiary i to mnie przeraża. Chociaż czasem myślę, że wręcz przeciwnie,
bo przepraszam Boga za ten brak wiary… za kłótnie…
Wielu
Świętych i Doktorów Kościoła „wykłócało” się z Bogiem. Bóg w ewangelii
św. Mateusza mówi nam, że ludzie
gwałtowni zdobywają je chodzi
o Królestwo Niebieskie[1].
Czytałam książkę o
proroku Eliaszu. Znam jego historię, ale nie… nie identyfikuję się z nim. Mam
swoją drogę. Podtrzymuję raczej to, co powiedziałam na otwarciu nowego budynku
dla ŚDS–OT. Bóg nie rozdał dóbr tego świata ani zdrowia po równo.
Czyli żali się Pani Bogu?
Tak, żalę się. Ale
myślę, że zrobił to dlatego, żebyśmy stawali się wrażliwi i mogli sobie
nawzajem pomagać… ale czy to aż tak jest, nie wiem. Często zdarza mi się
płakać, złościć.
Szczególnie za
jedną moją cechę chciałabym dziękować Bogu. Nie ma we mnie zazdrości. Patrząc
na ludzi zachwycam się nimi. Stawiam na młodych. Spójrzcie jak młodzi ludzie
pracują z niepełnosprawnymi. Jestem ciekawa ich pomysłów, podoba mi się,
kiedy wymyślą coś nowego.
Myśli Pani
czasem o przemijaniu?
No cóż…
przemijamy. Ale cóż to jest starość? Ma też dobre strony. Jeśli wiem w
jakim miejscu jestem to jest dobrze, jeszcze coś mogę zrobić. Nie dręczą mnie
myśli o upływającym czasie. Nie lubię komplementów. Mężczyźni nie mówią sobie
„świetnie wyglądasz”. Mówią, o samochodach, o życiu i innych sprawach.
Wyglądam jak wyglądam i niczego nie będę poprawiać. Akceptuję siebie. Chociaż
myśląc o śmierci boję się, czy zdążę wszystko ustawić. Wiecie państwo, to takie
wzruszające, kiedy czasem w domu pytam, kto się mną zaopiekuje, kiedy będę już
stara i zniedołężnieję, a mój syn odpowiada: „ No jak to kto, oczywiście
że ja mamo.”
Wzruszające…
No i sprawa
naszego ŚDS – OT prowadzonego w ramach statutowej działalności przez
Stowarzyszenie. Życzyłabym sobie, żeby mój następca energicznie
rozwijał to dzieło. Żeby też godnie zarabiał, a społeczność miała z jego pracy
korzyści. Jednak jeszcze przez chwilę chciałabym się nacieszyć nowym budynkiem,
o który tyle lat walczyłam. Długo czekałam na siedzibę z prawdziwego zdarzenia
więc dałam sobie jeszcze trochę czasu, a potem… no cóż. Wiadomo, przemijamy a
musi być jakaś kontynuacja.
Czy to prawda, że za swoją pracę,
Pani Maria Cieślik nie pobiera pensji?
Tak, to prawda.
Jako
przedstawiciele Diakonii Liturgicznej działającej przy naszej parafii, szukamy kontekstu
biblijnego. Proszę wybaczyć, że z uporem wracamy do niedzielnej Liturgii
Słowa. Czy mimo wszystko nie myśli Pani, że Ktoś przygotował plan dla Pani?
Spośród wielu matek , które doświadczone zostały chorobą dziecka, wydaje się,
że to Pani posiada wszelkie cechy , które oprócz determinacji są niezbędne , by
stworzyć taką placówkę. Mam na myśli Pani osobowość, a nawet zawód.
Nie. Nie jestem
Eliaszem. Nie czuję posłannictwa. Jeszcze w to nie wierzę. Będę szczera.
Czasem nie jestem w stanie iść do kościoła, zwłaszcza kiedy wydarzy się coś
złego, przykrego. Mówię: Nie, Boże… dzisiaj nie przyjdę. Kłócę się. Potem
mi głupio. Przepraszam Go. Wszystkich świętych proszę o pomoc. No taka jestem…
Ma Pani
niewątpliwie ogromną siłę. Szukamy pewnych analogii z historią Eliasza bo każdy
z nas ma w życiu doświadczenie buntu i pewnych zwrotów. Na górze Synaj dokonuje
się pewien zwrot. Eliasz idzie po śmierć, a Bóg jakby chciał mu powiedzieć „idź
po życie, żyj. Pracuj dalej. Masz tu chleb, masz tu to, co jest potrzebne do
życia” i Bóg karmi Eliasza, aby ten mógł czynić dobro. My na różny sposób
dojrzewamy do tych słów. A Pani jest żywym świadectwem. Jest Pani człowiekiem,
który wyszedł na górę, pożalił się Bogu. Bóg dał Pani to, co było potrzebne, a
Pani to wzięła, poszła i zrobiła swoje. Po prostu.
Ale sama bym temu
nie podołała. Bez rodziców, bez pracowników, bez wsparcia rodziny, bez bardzo
wielu różnych ludzi nie zrobiłabym nic. Człowiek może sobie wymyślić jakąś
ideę, postanowić coś zrobić, ale jeśli nie otoczy się ludźmi, nie doceni
wartości ich pomocy, nic mu z tego nie wyjdzie.
Paul Blum
ze Starostwa Monachijskiego nazwał Panią kiedyś „aniołem z Jerzmanowic”.
Czy zgodzi się Pani z tym, że otworzyła Pani drzwi na świat wielu osobom,
które były zamknięte w czterech ścianach z powodu swojej niepełnosprawności?
A, to nie
ulega wątpliwości! Byłaby to fałszywa skromność, gdybym zaprzeczyła. Przecież
moi podopieczni, żeby tu dotrzeć muszą wstać o określonej godzinie, zadbać o
toaletę, odpowiednio się ubrać, wyjść z domu spotykając przy tym innych ludzi.
Te wszystkie, wydawać by się mogło, zwyczajne czynności już stymulują ich do
rozwoju. Oprócz tego zatrudniamy fachowców, panie terapeutki pracują z naszymi
podopiecznymi zgodnie z zaleceniami i sztuką terapeutyczną.
Dla rodziców
i rodzin w ogóle to też pewna ulga.
Oczywiście. Zdrowe
dziecko jest w domu do 20-25 roku życia, a bywa, że krócej. Później żyje
własnym życiem. Staje się samodzielne. Chore - zostaje na zawsze. Zwłaszcza
matki są obciążone obowiązkiem opieki. To powoduje zmęczenie, frustrację,
poczucie izolacji. Dla rodziców to z pewnością kilka godzin wytchnienia, kiedy
mogą zająć się spokojnie innymi sprawami.
Domyślamy
się, że rodzice entuzjastycznie przyjęli możliwość posłania swoich
dzieci do Ogniska Terapeutycznego?
Nie od razu.
Proszę pamiętać, że ich dzieci (często już metrykalnie dorosłe) to ludzie
chorzy. Rodzice bali się czy na pewno będą mieli dobrą opiekę. Ludzie chorzy, a
zwłaszcza obciążeni schorzeniami natury psychicznej mają swoje humory i
mają prawo je mieć. Czasem mają lepsze, a czasem gorsze dni. Rodzice jak
nikt inny o tym wiedzieli, doświadczali i doświadczają tego, na co dzień.
Musiałam często i długo przekonywać, że to będzie dla nich dobre rozwiązanie.
I udało się przekonać…
Organizowałam pogadanki
z rodzicami, prelekcje, na które zapraszałam odpowiednio dobranych prelegentów.
Poruszaliśmy bardzo trudne tematy dotyczące miejsca osób niepełnosprawnych
w rodzinie i w społeczeństwie. To są bardzo delikatne kwestie. Pojawienie
się chorego dziecka w rodzinie to dla niej wielka trauma. Zwłaszcza kobiety
mają często poczucie winy, że urodziły dziecko obciążone wadami. Często myślą,
że to może ich wina, że zrobiły coś nie tak. Pomoc w tej sytuacji musi być
udzielana bardzo umiejętnie. Działając w dobrej wierze, ale nieprzemyślanie
można człowieka wtórnie zranić. Dlatego należy być wyrozumiałym nawet
jeżeli widzimy, że zachowanie rodziców jest nieracjonalne i naszym zdaniem
niewłaściwe. Raczej staramy się delikatnie, bez natarczywości wspierać te
rodziny.
Wygląda na
to, że musiała Pani w życiu dużo walczyć. Zarówno o siebie jak i o rodziców i
ich chore dzieci.
Tak. Czasem trzeba
było walczyć.
A czy to
musiała być heroiczna walka?
Tak. Bo ja nie
walczyłam z rodzicami. Do nich szybko dotarłam. Nigdy nie miałam problemów
z mieszkańcami gminy. Zawsze chętnie odpowiadali na zgłaszane prośby.
Walczyłam z urzędnikami, którym zabrakło dobrej woli, żeby pochylić się nad
naszym problemem, spróbować zrozumieć i złożyć stosowny urzędowy podpis,
aby nam pomóc. Ten budynek powinien stanąć już dawno, do 2005 – 2006 roku.
Pieniądze były i w instytucjach państwowych i niepaństwowych. O czym my tu w
ogóle rozmawiamy. Ja nie chcę już do znudzenia mówić, że jeżeli inicjatywa
społeczna jest zgodna z Prawem Bożym i ludzkim, i są na nią środki, to
obowiązkiem urzędnika jest przybić pieczęć. Nie daje przecież z własnej
kieszeni, to są pieniądze podatników! Ludziom chorym, niepełnosprawnym,
którzy sobie sami nie pomogą to się po prostu należy!
I
wreszcie się udało…
Tak, udało się.
Bardzo się cieszę, że ośrodek jest w centrum Jerzmanowic, w centrum gminy. Nasi
podopieczni zasługują na to, żeby być w centrum.
Ktoś
kiedyś powiedział, że kiedy słucha ludzi rodzi się w nim pokora. I chyba wiele
osób ma takie odczucia rozmawiając z Panią. Wielu z nas, chrześcijan ma dużo
dobrej woli, chodzimy na Mszę Św., modlimy się, widzimy Chrystusa w
drugim człowieku, ale często nie owocuje to konkretnym działaniem.
Nic nie robimy.
Nie! Nie zgadzam
się z ostatnim zdaniem. Każdy coś robi. Najważniejsze tylko, żebyśmy byli
dla siebie życzliwi. Aby nie niszczyć nikogo podstępnie. Nie każdy ma
możliwości zrealizowania szlachetnych planów. Ważne, żeby powiedzieć dobre
słowo. Nie niszczyć.
W jaki
sposób każdy z nas, zwykłych parafian, mieszkańców gminy może pomóc
Stowarzyszeniu w realizowaniu jego zadań w służbie ludziom chorym?
Najbardziej
chciałabym, aby więcej ludzi wiedziało, że taka placówka istnieje. Nigdy nie
wiemy, komu i kiedy będzie potrzebna. Ludzie muszą wiedzieć, gdzie szukać
wsparcia.Jeśli zaś idzie o pomoc ŚDS – OT to pomoc
materialna – jak najbardziej. Jest konto, można wpłacać jakąkolwiek kwotę.
Czasem organizujemy akcje, wydarzenia, wystawy. Można się włączyć. Jest
możliwość również przyjść do nas i popracować z naszymi podopiecznymi. Tzw.
wolontariat. To jednak wymaga trochę zachodu. Trzeba mieć pomysł, co się z nimi
chce robić i predyspozycje, także osobowościowe. Trzeba spełnić kilka warunków,
ale jeżeli ktoś czuje się na siłach i chciałby spróbować, to zapraszamy.
Brat
Albert powiedział, że jeżeli nie możesz dać dużo, to daj mało.
…
Dziękujemy
Pani za rozmowę. Życzymy wszelkich potrzebnych łask bożych do dalszej pracy.
Zapewniamy również, o naszej życzliwości. Jesteśmy pełni podziwu!
Dziękuję. Proszę
jednak pamiętać, że nie sama tego dokonałam. Gdyby nie ludzie którzy mnie
wspierali, nic by nie powstało.
Rozmowę przeprowadzili oraz tekst
opracowali: Marzena Mrozowska, Agata Sarota, Adam Szafraniec