22
października pożegnałam Ciocie - siostrę mojej Mamy, która zmarła po ciężkiej
chorobie.
Ciocia przez
ostatnie lata zajmowała się osobami niepełnosprawnymi i potrzebującymi
pomocy. Była założycielką i kierowniczką
Środowiskowego Domu Samopomocy Ognisko Terapeutyczne dla osób Niepełnosprawnych
w Jerzmanowicach, a także udzielała się, jako radna gminy w miejscowości, w
której mieszkała.
Próbowała zmieniać świat, chociaż ten lokalny i udało się jej
zmienić postrzeganie osób niepełnosprawnych. Wklejam wywiad z Ciocią.
Wykłócam się z Bogiem
Budynek z
zewnątrz nie wygląda imponująco. Dowiemy się jednak za chwilę, że wkrótce jego
stan ulegnie poprawie, gdyż zyska ocieplenie i zewnętrzny tynk. Panią Marię
Cieślik z domu Wypart, prezesa Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Osób
Niepełnosprawnych prowadzącą Środowiskowy Dom Samopomocy – Ognisko
Terapeutyczne (w skrócie ŚDS-OT) w Jerzmanowicach, zastajemy w jej
gabinecie. Po chwili z nieskrywaną dumą oprowadza nas po wnętrzu dopiero co
oddanego do użytku budynku – nowej siedziby ŚDS - OT. Pani Maria ma prawo
do dumy - o godne miejsce dla swoich podopiecznych walczyła latami. Na
korytarzach i w pomieszczeniach spotykamy ludzi, którzy tutaj spędzają znaczną
część swojego życia. Widać, że w tych ścianach, już nasiąkniętych miłością,
pośród przemykających aniołów - swoich opiekunów, czują się bezpiecznie.
Co było dla Pani inspiracją do
pracy z niepełnosprawnymi?
Nigdy nie
planowałam tego robić. Chciałam spokojnie żyć, pracować w szkole - znając
siebie - na pewno z aspiracjami dyrektorskimi. Wybór zawodu nauczyciela był
przeze mnie przemyślany. Byłam zastępcą dyrektora w szkole liczącej 1600
uczniów i bardzo lubiłam to zajęcie. Kiedy syn zachorował postanowiłam
zrezygnować z pracy. Mogłam już odejść na wcześniejszą emeryturę z tytułu
opieki nad osobą niepełnosprawną. I skorzystałam z tej sposobności. Nawiasem
mówiąc, dzisiaj rodzice nie mają już takiej możliwości.
Rzuciła Pani wszystko tak z dnia na
dzień?
Tak! Prawie z dnia
na dzień. Teraz, z perspektywy czasu myślę, że to był błąd. W tamtym
czasie jednak widziałam tylko takie wyjście. Może gdyby był przy mnie
jakiś dobry psycholog… może by mnie powstrzymał. Wprawdzie miałam
wsparcie mojej rodziny, jednak wiadomość o chorobie syna i wszystkie
wydarzenia z tym związane, było jak „pęknięcie życiowego filmu”. Wydawało mi
się, że sobie z tym nie poradzę. Piotrek był najważniejszy. Wierzyłam, że
zdołam mu pomóc odzyskać zdrowie, więc zrezygnowałam ze wszystkiego … To był
najbardziej stresujący okres mojego życia. Wraz z mężem postanowiliśmy Kraków
zamienić na Jerzmanowice. Zamieszkaliśmy tutaj w domu zbudowanym w latach
80-tych.
Jak Pani,
taka energiczna kobieta, nauczycielka, dyrektorka, osoba lubiąca przebywać
wśród ludzi, poradziła sobie z nudniejszą rzeczywistością, brakiem
zaplecza rehabilitacyjnego?
Bardzo doskwierała
mi myśl o samotności mojego Syna. On sam zaczął mówić, że jest mu nudno,
bo nie ma żadnych kolegów. Rozumieją Państwo. Z osobami niepełnosprawnymi
nie ma prawdziwego partnerstwa. My tzw. zdrowi, normalni, nie potrafimy z nimi
rozmawiać. Zwykle to są jakieś dziecinne pytania typu: czy jesteś głodny… no i
co słychać? Nie pomagamy im w ten sposób pokonywać barier, integrować
się. Dlaczego, idąc do nawet małomównego znajomego, możemy gadać przez
godzinę o pogodzie, czy o jakichś tam głupstwach, a w stosunku do
osoby, która trochę inaczej wygląda czy mniej sprawnie myśli już nie potrafimy
się na to zdobyć? A oni pragną takich opowieści. Nie rozmawiamy przy nich tak o
wszystkim. O polityce, o modzie. Dlaczego z nimi zwyczajnie nie plotkujemy, jak
z sąsiadką zza płotu? Rzadko się zdarza, żeby osoby niepełnosprawne
miały kogoś bliskiego spoza rodziny, kto znajdzie dla nich chwilę czasu, zagra
w karty, obejrzy mecz, opowie ciekawą historię. Takie sytuacje
zdarzają się niezwykle rzadko. Odważę się powiedzieć, że nie ma
integracji i nigdy jej nie będzie. Osoba z problemami natury psychicznej, a
nierzadko psychiatrycznej, skazana jest na brak towarzystwa. I tak,
pewnego wieczoru pomyślałam sobie, że gdybym zorganizowała coś na wzór
świetlicy lub dziennego ośrodka wsparcia dla niepełnosprawnych, to mój Syn
również mógłby z niej korzystać. Miałby towarzystwo.
W latach dziewięćdziesiątych
na wsiach nikt nie słyszał o tego typu placówkach.
Tak. Jeszcze nie
było takich domów. I to był wielki problem, bo nikt nie wiedział jak mi pomóc.
Skąd wziąć pieniądze i w ogóle jak się do tego zabrać. Odwiedzałam ośrodki,
świetlice przykościelne, przeszłam przez chyba wszystkie pokoje w Urzędzie
Wojewódzkim. Też nie wiedzieli. Na wsiach tego jeszcze nie było. Ale w roku
2002 to właśnie Urząd Wojewódzki pomógł mi najbardziej.
A co z innymi rodzicami w naszej
okolicy, którzy borykali się z niepełnosprawnością swoich dzieci?
Zrobiłam zebranie
z rodzicami. Napisałam osobiste listy do wszystkich, których zidentyfikowałam
dzięki GOPS-owi i pielęgniarkom środowiskowym. Na pierwsze spotkanie
przyszły trzy osoby. Na kolejne… może cztery. To był 1999 rok.
Ale Pani się nie poddała...
Rodzicom pomysł
się podobał, ale wtedy jeszcze miałam wrażenie, że nie do końca mnie rozumieją.
Z czasem, na kolejne spotkania przychodziło coraz więcej osób i w końcu
powołaliśmy stowarzyszenie. Było nas dwadzieścioro. Musieliśmy opracować
statut, dopełnić różnych formalności (tymi urzędowymi sama się zajęłam). No i
zacząć pracę z naszymi dziećmi (często już metrykalnie dorosłymi), żeby mieli
opiekę, rozwijali się w miarę ich możliwości, aby czuli wsparcie. Opracowałam
plan pracy, dnia, zajęć dla osób niepełnosprawnych i wymyśliłam nazwę: „Ognisko
Terapeutyczne”
W ostatnim
czasie, w niedzielę była Liturgia Słowa poświęcona prorokowi Eliaszowi. Prorok
w obliczu trudności zniechęca się, prosi Boga o śmierć – wycofuje się. Bóg
jednak posyła do niego anioła, zachęca, aby się posilił przyniesionym
podpłomykiem i każe mu iść. Czy widzi Pani analogie między historią Eliasza, a
tym co działo się w Pani życiu?
Chyba nie... Ja
jestem zbyt zbuntowana… Ja często kłócę się z Bogiem. Nie jestem
głębokiej wiary i to mnie przeraża. Chociaż czasem myślę, że wręcz przeciwnie,
bo przepraszam Boga za ten brak wiary… za kłótnie…
Wielu
Świętych i Doktorów Kościoła „wykłócało” się z Bogiem. Bóg w ewangelii
św. Mateusza mówi nam, że ludzie
gwałtowni zdobywają je chodzi
o Królestwo Niebieskie[1].
Czytałam książkę o
proroku Eliaszu. Znam jego historię, ale nie… nie identyfikuję się z nim. Mam
swoją drogę. Podtrzymuję raczej to, co powiedziałam na otwarciu nowego budynku
dla ŚDS–OT. Bóg nie rozdał dóbr tego świata ani zdrowia po równo.
Czyli żali się Pani Bogu?
Tak, żalę się. Ale
myślę, że zrobił to dlatego, żebyśmy stawali się wrażliwi i mogli sobie
nawzajem pomagać… ale czy to aż tak jest, nie wiem. Często zdarza mi się
płakać, złościć.
Szczególnie za
jedną moją cechę chciałabym dziękować Bogu. Nie ma we mnie zazdrości. Patrząc
na ludzi zachwycam się nimi. Stawiam na młodych. Spójrzcie jak młodzi ludzie
pracują z niepełnosprawnymi. Jestem ciekawa ich pomysłów, podoba mi się,
kiedy wymyślą coś nowego.
Myśli Pani
czasem o przemijaniu?
No cóż…
przemijamy. Ale cóż to jest starość? Ma też dobre strony. Jeśli wiem w
jakim miejscu jestem to jest dobrze, jeszcze coś mogę zrobić. Nie dręczą mnie
myśli o upływającym czasie. Nie lubię komplementów. Mężczyźni nie mówią sobie
„świetnie wyglądasz”. Mówią, o samochodach, o życiu i innych sprawach.
Wyglądam jak wyglądam i niczego nie będę poprawiać. Akceptuję siebie. Chociaż
myśląc o śmierci boję się, czy zdążę wszystko ustawić. Wiecie państwo, to takie
wzruszające, kiedy czasem w domu pytam, kto się mną zaopiekuje, kiedy będę już
stara i zniedołężnieję, a mój syn odpowiada: „ No jak to kto, oczywiście
że ja mamo.”
Wzruszające…
No i sprawa
naszego ŚDS – OT prowadzonego w ramach statutowej działalności przez
Stowarzyszenie. Życzyłabym sobie, żeby mój następca energicznie
rozwijał to dzieło. Żeby też godnie zarabiał, a społeczność miała z jego pracy
korzyści. Jednak jeszcze przez chwilę chciałabym się nacieszyć nowym budynkiem,
o który tyle lat walczyłam. Długo czekałam na siedzibę z prawdziwego zdarzenia
więc dałam sobie jeszcze trochę czasu, a potem… no cóż. Wiadomo, przemijamy a
musi być jakaś kontynuacja.
Czy to prawda, że za swoją pracę,
Pani Maria Cieślik nie pobiera pensji?
Tak, to prawda.
Jako
przedstawiciele Diakonii Liturgicznej działającej przy naszej parafii, szukamy kontekstu
biblijnego. Proszę wybaczyć, że z uporem wracamy do niedzielnej Liturgii
Słowa. Czy mimo wszystko nie myśli Pani, że Ktoś przygotował plan dla Pani?
Spośród wielu matek , które doświadczone zostały chorobą dziecka, wydaje się,
że to Pani posiada wszelkie cechy , które oprócz determinacji są niezbędne , by
stworzyć taką placówkę. Mam na myśli Pani osobowość, a nawet zawód.
Nie. Nie jestem
Eliaszem. Nie czuję posłannictwa. Jeszcze w to nie wierzę. Będę szczera.
Czasem nie jestem w stanie iść do kościoła, zwłaszcza kiedy wydarzy się coś
złego, przykrego. Mówię: Nie, Boże… dzisiaj nie przyjdę. Kłócę się. Potem
mi głupio. Przepraszam Go. Wszystkich świętych proszę o pomoc. No taka jestem…
Ma Pani
niewątpliwie ogromną siłę. Szukamy pewnych analogii z historią Eliasza bo każdy
z nas ma w życiu doświadczenie buntu i pewnych zwrotów. Na górze Synaj dokonuje
się pewien zwrot. Eliasz idzie po śmierć, a Bóg jakby chciał mu powiedzieć „idź
po życie, żyj. Pracuj dalej. Masz tu chleb, masz tu to, co jest potrzebne do
życia” i Bóg karmi Eliasza, aby ten mógł czynić dobro. My na różny sposób
dojrzewamy do tych słów. A Pani jest żywym świadectwem. Jest Pani człowiekiem,
który wyszedł na górę, pożalił się Bogu. Bóg dał Pani to, co było potrzebne, a
Pani to wzięła, poszła i zrobiła swoje. Po prostu.
Ale sama bym temu
nie podołała. Bez rodziców, bez pracowników, bez wsparcia rodziny, bez bardzo
wielu różnych ludzi nie zrobiłabym nic. Człowiek może sobie wymyślić jakąś
ideę, postanowić coś zrobić, ale jeśli nie otoczy się ludźmi, nie doceni
wartości ich pomocy, nic mu z tego nie wyjdzie.
Paul Blum
ze Starostwa Monachijskiego nazwał Panią kiedyś „aniołem z Jerzmanowic”.
Czy zgodzi się Pani z tym, że otworzyła Pani drzwi na świat wielu osobom,
które były zamknięte w czterech ścianach z powodu swojej niepełnosprawności?
A, to nie
ulega wątpliwości! Byłaby to fałszywa skromność, gdybym zaprzeczyła. Przecież
moi podopieczni, żeby tu dotrzeć muszą wstać o określonej godzinie, zadbać o
toaletę, odpowiednio się ubrać, wyjść z domu spotykając przy tym innych ludzi.
Te wszystkie, wydawać by się mogło, zwyczajne czynności już stymulują ich do
rozwoju. Oprócz tego zatrudniamy fachowców, panie terapeutki pracują z naszymi
podopiecznymi zgodnie z zaleceniami i sztuką terapeutyczną.
Dla rodziców
i rodzin w ogóle to też pewna ulga.
Oczywiście. Zdrowe
dziecko jest w domu do 20-25 roku życia, a bywa, że krócej. Później żyje
własnym życiem. Staje się samodzielne. Chore - zostaje na zawsze. Zwłaszcza
matki są obciążone obowiązkiem opieki. To powoduje zmęczenie, frustrację,
poczucie izolacji. Dla rodziców to z pewnością kilka godzin wytchnienia, kiedy
mogą zająć się spokojnie innymi sprawami.
Domyślamy
się, że rodzice entuzjastycznie przyjęli możliwość posłania swoich
dzieci do Ogniska Terapeutycznego?
Nie od razu.
Proszę pamiętać, że ich dzieci (często już metrykalnie dorosłe) to ludzie
chorzy. Rodzice bali się czy na pewno będą mieli dobrą opiekę. Ludzie chorzy, a
zwłaszcza obciążeni schorzeniami natury psychicznej mają swoje humory i
mają prawo je mieć. Czasem mają lepsze, a czasem gorsze dni. Rodzice jak
nikt inny o tym wiedzieli, doświadczali i doświadczają tego, na co dzień.
Musiałam często i długo przekonywać, że to będzie dla nich dobre rozwiązanie.
I udało się przekonać…
Organizowałam pogadanki
z rodzicami, prelekcje, na które zapraszałam odpowiednio dobranych prelegentów.
Poruszaliśmy bardzo trudne tematy dotyczące miejsca osób niepełnosprawnych
w rodzinie i w społeczeństwie. To są bardzo delikatne kwestie. Pojawienie
się chorego dziecka w rodzinie to dla niej wielka trauma. Zwłaszcza kobiety
mają często poczucie winy, że urodziły dziecko obciążone wadami. Często myślą,
że to może ich wina, że zrobiły coś nie tak. Pomoc w tej sytuacji musi być
udzielana bardzo umiejętnie. Działając w dobrej wierze, ale nieprzemyślanie
można człowieka wtórnie zranić. Dlatego należy być wyrozumiałym nawet
jeżeli widzimy, że zachowanie rodziców jest nieracjonalne i naszym zdaniem
niewłaściwe. Raczej staramy się delikatnie, bez natarczywości wspierać te
rodziny.
Wygląda na
to, że musiała Pani w życiu dużo walczyć. Zarówno o siebie jak i o rodziców i
ich chore dzieci.
Tak. Czasem trzeba
było walczyć.
A czy to
musiała być heroiczna walka?
Tak. Bo ja nie
walczyłam z rodzicami. Do nich szybko dotarłam. Nigdy nie miałam problemów
z mieszkańcami gminy. Zawsze chętnie odpowiadali na zgłaszane prośby.
Walczyłam z urzędnikami, którym zabrakło dobrej woli, żeby pochylić się nad
naszym problemem, spróbować zrozumieć i złożyć stosowny urzędowy podpis,
aby nam pomóc. Ten budynek powinien stanąć już dawno, do 2005 – 2006 roku.
Pieniądze były i w instytucjach państwowych i niepaństwowych. O czym my tu w
ogóle rozmawiamy. Ja nie chcę już do znudzenia mówić, że jeżeli inicjatywa
społeczna jest zgodna z Prawem Bożym i ludzkim, i są na nią środki, to
obowiązkiem urzędnika jest przybić pieczęć. Nie daje przecież z własnej
kieszeni, to są pieniądze podatników! Ludziom chorym, niepełnosprawnym,
którzy sobie sami nie pomogą to się po prostu należy!
I
wreszcie się udało…
Tak, udało się.
Bardzo się cieszę, że ośrodek jest w centrum Jerzmanowic, w centrum gminy. Nasi
podopieczni zasługują na to, żeby być w centrum.
Ktoś
kiedyś powiedział, że kiedy słucha ludzi rodzi się w nim pokora. I chyba wiele
osób ma takie odczucia rozmawiając z Panią. Wielu z nas, chrześcijan ma dużo
dobrej woli, chodzimy na Mszę Św., modlimy się, widzimy Chrystusa w
drugim człowieku, ale często nie owocuje to konkretnym działaniem.
Nic nie robimy.
Nie! Nie zgadzam
się z ostatnim zdaniem. Każdy coś robi. Najważniejsze tylko, żebyśmy byli
dla siebie życzliwi. Aby nie niszczyć nikogo podstępnie. Nie każdy ma
możliwości zrealizowania szlachetnych planów. Ważne, żeby powiedzieć dobre
słowo. Nie niszczyć.
W jaki
sposób każdy z nas, zwykłych parafian, mieszkańców gminy może pomóc
Stowarzyszeniu w realizowaniu jego zadań w służbie ludziom chorym?
Najbardziej
chciałabym, aby więcej ludzi wiedziało, że taka placówka istnieje. Nigdy nie
wiemy, komu i kiedy będzie potrzebna. Ludzie muszą wiedzieć, gdzie szukać
wsparcia. Jeśli zaś idzie o pomoc ŚDS – OT to pomoc
materialna – jak najbardziej. Jest konto, można wpłacać jakąkolwiek kwotę.
Czasem organizujemy akcje, wydarzenia, wystawy. Można się włączyć. Jest
możliwość również przyjść do nas i popracować z naszymi podopiecznymi. Tzw.
wolontariat. To jednak wymaga trochę zachodu. Trzeba mieć pomysł, co się z nimi
chce robić i predyspozycje, także osobowościowe. Trzeba spełnić kilka warunków,
ale jeżeli ktoś czuje się na siłach i chciałby spróbować, to zapraszamy.
Brat
Albert powiedział, że jeżeli nie możesz dać dużo, to daj mało.
…
Dziękujemy
Pani za rozmowę. Życzymy wszelkich potrzebnych łask bożych do dalszej pracy.
Zapewniamy również, o naszej życzliwości. Jesteśmy pełni podziwu!
Dziękuję. Proszę
jednak pamiętać, że nie sama tego dokonałam. Gdyby nie ludzie którzy mnie
wspierali, nic by nie powstało.
Rozmowę przeprowadzili oraz tekst
opracowali: Marzena Mrozowska, Agata Sarota, Adam Szafraniec
Źródła ;
http://parjerzmanowice.iap.pl/pl/
O Marii Cieślik w Dzienniku Polskim -Warto przeczytać